Wątki bez odpowiedzi | Aktywne wątki Teraz jest So lut 16, 2019 10:39 pm



Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 21 ]  Przejdź na stronę 1, 2  Następna strona
 Po 6 latach zostawiła mnie dziewczyna. Jestem na skraju. 
Autor Wiadomość
Milczek
Milczek

Dołączył(a): Pn kwi 04, 2016 2:05 am
Posty: 1
Płeć: mężczyzna
wyznanie: katolik w pełnej łączności z papieżem
Odpowiedz z cytatem
Post Po 6 latach zostawiła mnie dziewczyna. Jestem na skraju.
Witam i szczęść Boże.
Mam ciężki problem. Przyznam, że jestem w tej chwili na końcu załamania, które przez 3 miesiące czułem. To był najgorszy okres w moim życiu, w którym oddaliłem się od Boga i liczę na porady odnośnie tego, co powinienem zrobić i czy dobrze zrobiłem do tej pory. Temat będzie długi, bo zależy mi na tym, byście, drodzy Państwo, mieli pełne widzenie tego, co się stało, bez żadnych upiększeń, czy uproszczeń. W końcu to z siebie wyrzucę… Będzie to długie, ale proszę o rady… Błagam o nie w pokorze, bo nie mam sam sił już do tego wszystkiego. Jeśli komuś nie brak czasu, proszę, niech przeczyta i doradzi mi bo jestem kompletnie sam.

Między gimnazjum a liceum miałem mocne załamanie wiary, choć byłem ministrantem. I mówiąc szczerze, byłem dość dobry w tym, co robiłem. Zajmowałem się kaplicą szpitalną, więc miałem podwojone obowiązki, względem zwykłego ministranta. To mi jednak nie wystarczało. Brakowało mi drugiej połówki. Dziewczyny, z którą mógłbym spędzić życie. Przez różne koleje losu, o których tutaj nie będę wspominał, bo sprawy nie dotyczą, moje załamanie przybrało na sile i – bez przesady – miałem ochotę rzucić wszystko, wyjechać, może nawet zemścić się na świecie za to, że mój tata wpadł w alkoholizm i żyliśmy w biedzie. Wiem, co pomyślicie – młodzieńcze bunty. Jednak teraz, w 24 roku życia, widzę doskonale, że to nie było to. Byłem o krok od totalnego przewartościowania. Poszedłem do Liceum i tam trzymałem ludzi na dystans. Robiłem za klasowego błazna, wyalienowanego, jak postać z jakiejś durnej Emo-kreskówki. Potrzebowałem promyka nadziei. Pewnego razu, przed klasą z matematyki – pamiętam to jak dziś! – spojrzałem jednej dziewczynie (nazwijmy ją Baśka) w oczy. Ach, pamiętam to doskonale! Wcześniej bywałem zauroczony, ale bez wątpienia wtedy walnął mnie piorun. Była piękna, energiczna, wesoła, towarzyska i… nie wiem, jak to ująć. Wyobraźcie sobie taką piękną łanię na środku łąki na wiosnę, gdy pijecie zieloną herbatę a wiatr głaszcze wasze twarze. Właśnie tak się poczułem w tamtym momencie. Wiedziałem jednak, że nie mam u niej szans.
Ale nie byłem frajerem. Zagadałem, pośmialiśmy się… i zostaliśmy przyjaciółmi. Wariactwo, śmiechy, latanie… ale zero seksualności. Zresztą, wiedziałem, że podoba jej się o rok starszy chłopak i… wspierałem ją w tym uczuciu. Takie coś mi wystarczało. Nie należę do przystojnych, w tamtym czasie nawet nie byłem specjalnie chudy. Dodatkowo, przez chorobę za młodu mam jedno oko skrzywione, co wywoływało przez lata u mnie kompleksy i dyskomfort z patrzeniem kobietom w oczy. Nie zasługiwałem nawet na jej uczucie, a bieda w domu wprost pokazywała, że nie mogę jej zapewnić tego, do czego przywykła. Na wakacje, między 1 a 2 klasą Liceum, postanowiłem dać sobie spokój z pięknem, któremu nie dorastam do pięt. Zapoznałem inną dziewczynę. Niestety, z Poznania. Daleko ode mnie, niemal cała Polska. Ale pisaliśmy długo, nawet smsy. Co ciekawe – Baśka mi później mówiła, że to pierwszy raz poczuła zazdrość wymieszaną z uczuciem utraty. Nie trwało to długo, raptem parę miesięcy, ale w końcu po prostu jakoś z tą z Poznania się kontakt urwał. Sam nie wiem jak.
I \znowu powrót złych emocji, które tylko się przytłumiły a potem powróciły ze zdwojoną siłą. Którejś nocy, załamany tym wszystkim, padłem na kolana i zacząłem modlić się do Boga: „Posłuchaj mnie, Panie, proszę… Służę Ci najlepiej, jak potrafię. Jestem młody. Proszę, pozwól mi spotkać dziewczynę, z którą spędzę swoje życie. Która pokaże mi, że ma ono sens. Że jest sens się starać.” Po tej modlitwie, padłem zmęczony.
Kilka dni później, całą klasą – bo Basia ze mną była w klasie – pojechaliśmy na wycieczkę busem. Była długa, ale powiem to tak… Chodziliśmy z Basią po całym terenie, zwiedzaliśmy, ona latała za mną jak wariatka a ja jej tłumaczyłem zawiłości historii (Muzeum Powstania Warszawskiego). Gdy wracaliśmy do domu, Basia przesiadła się z moim kumplem, który siedział koło mnie. Gadaliśmy pół nocy, aż w końcu zasnęła mi na ramieniu. Ten wypad sprawił, że nasze relacje się pogłębiły. To był październik, pamiętam to bardzo dobrze, bo od tego czasu 7 października był tylko dla nas. Jak nasza rocznica, gdy nikt nie miał prawa nam przeszkadzać.
Chodziliśmy na randki, głównie – dłuuugie spacery, włącznie z oglądaniem gwiazd, czy piciem ciepłego na mrozie. Chodziliśmy czasem do baru, jeśli była okazja. Małą miejscowość jednak ograniczała możliwości manewru. Moja pusta kieszeń też. Jej to jednak nie przeszkadzało. Nie przeszkadzał jej mój wygląd, moja bieda, czy opinia o mnie całej klasy. Była przy mnie i patrzyła mi w oczy bez kpiny. W pierwszego sylwestra, no.. wypiła troszkę wina. Niewiele, raptem pół kieliszka, ale że chuda była i zgrabna i z alko na przekór – siekło ją. Wzięła mnie do pokoju, przydusiła do siebie – do klatki piersiowej – i zaczęła głaskać po głowie dając jasne sygnały. Przytuliłem się do niej i cicho mówiłem, że jest wyjątkowa, że super wyszła jej impreza, że wszyscy są zachwyceni. Nie chciałem obłapiać młodej, pijanej w dodatku dziewczyny! No i Bóg… Od czasu owej wycieczki, moja wiara wróciła z podwójną siłą. Czułem, że Bóg dał mi promyczek nadziei. I nie miałem zamiaru go zmarnować.
W końcu padło z moich ust „Kocham”. Trochę to trwało, ale w końcu padło, bo byłem pewien tego. Musiałem poczekać kilka dni, nim mi odpowiedziała… ale odpowiedziała smsem! Ach… padłem na ziemię i turlałem się jak baran! Takiej euforii nigdy nie czułem! Niedługo po tym, zacząłem mieć pewien zwyczaj. Dałem jej jedną różę i później, gdy widziałem, że tamta usychała, przynosiłem nową. Mówiłem jej wtedy „Ta róża to symbol naszej miłości. Zawsze będzie stała tutaj każdego dnia piękniejsza, jak ty, Basiu”. I tak też robiłem. Wiem, że to forum katolickie, ale postaram się także i te inne kwestie omówić. Nigdy nie uprawialiśmy seksu, jako takiego. W pewnym momencie, tak w około pół roku, pojawił się seks oralny. Dla nas było to swoiste ułatwienie… chcieliśmy z „tym właściwym” czekać do ślubu, albo przynajmniej do momentu zaręczyn. Bo wiara, bo troska. Nie wiem, czy powinienem być z tego dumny… do spowiedzi jednak chodziłem i to też wyznawałem. Nie było to często. Maksymalnie raz na tydzień/dwa tygodnie.
Po około roku, jeśli mnie pamięć nie myli, wyznała mi, że myśli o chłopaku, którego poznała jakiś czas temu w sieci, jeszcze zanim ze mną pojechała na wycieczkę klasową. Że pisała z nim po koleżeńsku i nagle poczuła zakochanie. To był pierwszy raz, gdy w ten sposób mnie zraniła. Bolało, nie powiem. Pamiętam, że płakałem… ale minęło. Przecież to tylko zauroczenie kolesiem z neta (nazwijmy go Pan G.). I faktycznie, po miesiącu – minęło jej to. Przebaczyłem. I znów powróciły dobre chwile – bo w tamtym czasie zauroczenia nie chciała się czasem przytulać, albo całować.
Tak było przez pierwsze trzy lata naszego związku. Skończyliśmy liceum i oboje, jak jedno serce, powiedzieliśmy: idziemy na studia! I poszliśmy. A raczej, jeździliśmy. Godzinę drogi z mojego miasta do tamtego. I przez rok, nasze relacje tylko się pogłębiały. Po tym czasie… ech. Ona zaczęła mieć stany depresyjne. I to ostre. Na tyle ostre, że w późniejszym okresie jeździła do psychiatry i brała tabletki. Ale o tym zaraz… Z powodów, o których tu też nie napiszę, rzuciłem studia. Można powiedzieć, że byłem zmuszony – ważne w tym opisie jest to, że Basia o wszystkim wiedziała. Co do joty. Była jedyną osobą, której zaufałem w swoim życiu. Tak, nawet rodzicom aż tak nie ufałem. Wspierałem ja ją, a ona mnie. Ja byłem przy niej, gdy miała myśli samobójcze, nic się jej nie chciało, miała apatię długimi tygodniami, a ona była przy mnie, gdy ojciec kolejny raz przyszedł pijany i poniżał matkę. Tak, czy siak, zostawiłem studia i przez ten fakt, poczułem się gorszy. Dostałem kompletnego doła, z którego nie mogłem wyjść około roku. W tym czasie, siedziałem w domu zajmowałem się pisaniem. Dostałem się do kilku mediów, rozwinąłem działalność… ale z punktu widzenia Basi, jak mi to wyznała, przez rok obijałem się. Fakt, wspierała mnie w pasji, ale cały czas czuć było, że wymaga ode mnie więcej: studiów, pracy. Po części, tak wpływała na nią jej matka. Zawsze uważała, że powinna jej córka mieć bogatego i przystojnego faceta, że seks przed ślubem to nic złego. Nigdy mi nie powiedziała tego w twarz, ale wiem o tym, bo Basia mi czasem mówiła. Basia zaś miała bardzo podatny charakter na wpływ. W czasie tego roku łapałem prace dorywcze, ale stanowczo za mało. Basia rozwijała przyjaźnie w mieście, gdzie studiowała, a ja robiłem swoje. Wracała tutaj codziennie, więc problemów nie było z odległością. W tamtym jednak czasie, po raz drugi zauroczyła się w Panu G. Miała przestać z nim pisać, a jednak dalej to robiłą i znów ją trafiło. Ba, nawet przyznała, że miałą zamiar się z nim spotkać, że się z nim umówiła… ale nie poszła! Że teraz siedzi ze mną, a nie z nim, tam. To był długi okres… I czarny. Pamiętam, że potrafiły bywać całe dnie, że nic nie pisała – zwalałem to na jej depresję, choć wiedziałem, że pewnie z Panem G. pisze. Inteligencji mi raczej nigdy nie brakowało, że tak nieskromnie wspomnę… zresztą, sama to potem też przyznała. Nie chciała mnie dotykać, nawet po „pieszczotach”, które sama zainicjowała (!) bywało, że mi mówiła, że jestem obrzydliwy. Moje ciało jej nie wystarczało. Cały czas czułem, że nie daję jej tego, co potrzebuje, więc dawałem więcej. I więcej. Starałem się być przyjazny, otwarty, słuchać z uwagą, ale i nie być natrętny. Niestety, bywało przez mój durny charakter, że wybuchałem krzykiem. To nie było często. Maksymalnie 10-12 razy przez cały okres związku. Nie wyzywałem, nie bluzgałem… raz jedynie wydarłem się, że jest nienormalna, gdy mi powiedziała, że myśli o Panu G. wciąż. To tamta chwila właśnie była. Jednak, nasz związek przetrwał, jak wspomniałem – wyznała mi wszystko, że on gdzieś tam chodzi i że ona do niego nie poszła, tylko zawołała mnie do siebie. Przebaczyłem. Doceniłem odwagę. Ten związek był dla mnie ważniejszy, niż internetowy amant, który kłamał w wielu punktach – i w dodatku, ha!, miał już dziecko z jedną, na którą psioczył w rozmowach z Basią.
Nasz związek wyszedł obronną ręką. Staliśmy się sobie bliżsi i to tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że Bóg istnieje. I że cierpienie ma sens. Tak minął 4 rok tego związku (i pół 5) i zaczęła się druga połowa 5 roku. W tym okresie jeździliśmy w różne miejsca z jej rodziną, zbliżaliśmy się do siebie emocjonalnie, bywały okresy kłótni… ale nic, co bardziej odstawałoby od normalnej pary. Pojawiały się natomiast u niej dziwne słówka. Dziwne, niby żartem mówione slogany, jakby żywcem zdjęte z jej matki, że „Czy nie jesteś ze mną z powodu przywiązania?” Jasne, irytowało mnie to, ale nie wiedziałem, jak to dziadowskie zdanie zrujnuje mi życie. Ale o tym zaraz. Ja w tym piątym roku szukałem robót różnych, rozwijałem swoje pisanie, swoje talenty. Byłem przy niej przy załamaniach, nawet dla niej się zadłużyłem, by pojechać – w ramach opieki i wsparcia dla niej – do jednego z ciepłych krajów. Sam mam naturę podróżnika, ale proszę mi wierzyć, wolałbym z buta sam pójść (to nie ironia, serio tak już robiłem), niż jechać. Ale chciałem ją wesprzeć w tym trudnym okresie dla niej, gdy depresja ją dopadała. Ona ukończyła w międzyczasie studia, spróbowała kolejnych ja zaś poszedłem na następne studia ale do innego miasta. Czas dla siebie mieliśmy późnymi wieczorami i – na Boga! – wykorzystywaliśmy go na filmy, żarty, przytulanie, wspieranie, całowanie, smyranie… Na wszystko, co tylko potrafiliśmy, poza samym seksem.
Czas mijał. Zaczął się rok 6 tego związku, jak myślałem, wiecznego. My dalej nie wychodziliśmy poza same kwestie oralne. Ona miała przyjść do tego miasta, co ja. Ja bym był na drugim roku, ona na pierwszym. Planowaliśmy wspólnie z nią i jej siostrą wynająć stancję – jej siostra, jako przyzwoitka, pilnowałaby, byśmy niczego nie zmajstrowali sami. Wydawało się w zeszłe wakacje, że sprawa jest prosta. Przyszłość ustalona. A tu, jak grom z jasnego nieba, gdy byłem u niej w domu, jej mama oznajmiła „Ten chłopak ze stancji będzie z wami jutro gadał, pokaże wam mieszkanie i który pokój będzie jego.” Chyba pierwszy raz, szczerze, poczułem wściekłość na Baśkę. Ze mną ustala jedno, a za plecami z matką drugie? To co miałem robić, latać na studia codziennie dwie godz. W jedną stronę, przy dorywczych robotach i rodzicach, których nie stać było nawet na jedzenie? Miała być stancja, wspólne studia, szukanie pracy, powolne dorabianie się, miłość, wsparcie, szczerość… A tu plaskacz. Wybaczyłem jej jednak i to, na Boga, wybaczyłem! W międzyczasie podwoiłem wysiłki, dorabiałem, jak mogłem. Jeździłem kolejne kilka miesięcy, a nawet – ha! – z powodu błędu w systemie na studiach, byłem 250 zł w plecy, bo musieli mnie przywracać na listę studentów. Jeździłem w sobotę, jeździłem przez cały tydzień. Wszystko, byleby Basia nigdy więcej mi nie powiedziała, jak w okresie mojego załamania, gdy półtora roku siedziałem w domu i po dorywczych robotach, że „nic nie robię ze swoim życiem”. Chciałem, by widziała we mnie faceta. W tamtym okresie rodzice się rozeszli. Miałem piach w oczach ze wszystkiego, mało sypiałem, ale miałem Basię. Jej ciepło. Nie chciałem tego tracić przez durne mieszkanie. I kilka miesięcy było dobrze. Jednak… od września, gdy poszła na stancję do tamtego miasta ze swoją siostrą i koleżanką – obcego chłopaka odpuściły ze względu na mnie – zaczęła się oddalać. Prawie codziennie się widzieliśmy, ale to nie wystarczało. Bywało, że mnie rzucała na pół dnia, by potem wrócić i wszystko było „po staremu”. To była moja „Śmiechotka”. Ta, którą kochałem i którą wspierałem, której byłem wierny i dla której oddałbym życie bez mrugnięcia okiem. Ale bywało też, że byłą oziębła. Że mówiła mi, że moje ciało jej nie podnieca. Że traktuje mnie jak przyjaciela. A potem, na powrót, że mnie kocha, że nie wyobraża sobie życia beze mnie. Bywało, że po pieszczotach potrafiła być chłodna i miała mnie w nosie. W końcu, gdy widziałem, że takie coś się zbliża, wychodziłem pod różnymi pretekstami niedługo po tym, jak sobie „to” daliśmy. Ale proszę to też zrozumieć, nie byłem zimny… 90% czasu wolnego spędzałem z nią. Dbałem. Róża wciąż świeża stała we flakonie. Każda rocznica była zapełniona. Każde urodziny pamiętane. Każdy atak depresji kończył się wylaniem łez w moje ramiona. Byłem przy niej. Kochałem ją i nie wściekałem, gdy przez parę tygodni nie dawała mi „tego”, a czasem nawet nie chciała mnie widzieć. Bo nie chodziło o seks, nigdy nie chodziło o egoizm. Chodziło o uczucie, więź, którą ma się raz w życiu. O zaufanie, które nigdy nie blaknęło ani u niej, ani u mnie. A ja nie ufam nikomu, poza Bogiem. Nigdy nikomu nie ufałem, poza Basią. Dlatego, że to ludzie wpędzili mnie w kompleksy z powodu mojego wyglądu, zwłaszcza oka.
No i… cholera, płakać mi się chce, a jestem 24 letnim facetem, który od małego łaził po ciemnych budynkach i rozpalał ogniska w lasach w zimie i który na MN dostał gazem od policji za hasło „Wolna Polska”… nadszedł grudzień. Wigilia, która stała się dla mnie okresem żałobnym.
Napisała mi, że mnie zostawia. Że mnie nie kocha. Że nie chce być ze mną. Postanowiłem dać jej, jak zwykle, czas. Dzień, dwa… może wróci. Jak nie, zadzwonię, zapytam. Jak zwykle. Nie, nie bagatelizowałem tego. Pociłem się, bałem, płakałem, ale ufałem, że jak zwykle, dogadamy się. Czekałem tydzień. Po tygodniu, krótka rozmowa, zdawkowa z jej strony, że mnie przeprasza, że żałuje, nie kocha mnie, że się nie starałem wystarczająco (sic!!!!!), że byłem dla niej za dobry i zasługuję na kogoś lepszego. Dwa tygodnie po zerwaniu… dostałem cios. Poznała nowego chłopaka. Dwa tygodnie. 6 lat naszych wspólnych przeżyć, cudownych romantycznych chwil i wspólnych cierpień, znaczyło dla niej 2 tygodnie. Dwa, cholerne, tygodnie. Nie będę ukrywał, miałem myśli samobójcze. Miałem ochotę zabić siebie i to w najbardziej brutalny sposób. Jedyne, co mnie trzymało przy życiu, to nadzieja, że wróci promień nadziei.
Nie wrócił. Minął miesiąc, drugi tydzień lutego, walentynki. Wyznała mi podczas rozmowy – dalej z nią pisałem (mówiła, że jej przykro, że chce być przyjaciółmi a ja jak dureń ją wspierałem) – że 14 lutego popili trochę z NIM i się całowali po torsach… Nie wiem, jak nisko. To było zbyt bolesne i powiedziałem jej: „Gdy ty byłaś pijana pierwszy raz, nawet ciebie nie dotknąłem. Minął miesiąc jak go poznałaś.. co ty o nim wiesz?” Obraziła się na mnie. Parę dni później napisała, że miałem rację, żę się oburzyłem; że to alkohol, że kwestia jej uczuć jest niepewna, ale jest zakochana. Gdzieś tak między lutym a marcem powiedziała mi, że podczas rozmowy okazało się, że ON nosi prezerwy przy sobie „na wszelki wypadek”. Rozmowa wyglądała tak:
- Czemu nosi kondony?
- Na wszelki wypadek.
- On traktuje kochanie się jako wypadek?
- Nie. Ale nie każdy chce czekać do ślubu.
- I dlatego nosi kondony ze sobą na ranki i cię o nich informuje?
- Ja kazałam mu je pokazać, bo nie wierzyłam, że je nosi.
- Ale to znaczy, żę ci o nich powiedział?
- Tak.
- I nie widzisz w tym nic złego?
- Nie.
- Wiesz, moim zdaniem to patologia z gimnazjum nosi kondony na "wszelki wypadek" i jeszcze się chwali przed kobietą na jednej z pierwszych randek. Lepiej zastanów się, skąd u niego taki nawyk.
- On miał dziewczynę ale tego nigdy nie robił.
- To skąd ten nawyk?
- Nie wiem.
I znowu się obraziła. W połowie marca, dała mi znać, że mam rację. Znowu. Cały czas prosiła o przebaczenie, o bycie przyjaciółmi, bo mi ufa i wie, że jej nie wyśmieję. Proponowała spotkania, ale ja, wiedząc, że ma słabość do kochliwości, odmawiałem – nie chciałem, by ten drugi był zdradzony. Chciała spotykać się „po przyjacielsku”, ale ja bym nie potrafił mieć jej 20 cm od siebie i nie przytulić. Mówiła, że wciąż coś do mnie czuje, ale powinna to schować głęboko w sercu, bo ja zasługuję na lepszą a ona nie chce ranić GO. W ten sposób, bite 3 miesiące czułem się… jak w piekle. Nie byłem nawet u spowiedzi ani komunii na Święta Bożego Narodzenia ani nawet Wielkanoc. Byłem w kościele się modlić, ale wiara nie pomaga. Straciłem swoją drugą połówkę.
Jeśli coś na tym świecie można było nazwać Miłością, to właśnie to. Szczere, nieegoistyczne, od małego, z przyjaźni wyrośnięte uczucie zaufania, ciepła i miłości, pełne czułości i romantyzmu, ale też nie opierające się na seksie. Z czysto katolickiego punktu widzenia, PRAWIE związek doskonały. A tu – bum.
Parę dni temu poprosiłem o radę znajomą, której kiedyś pomogłem w jej związku. Dała mi radę, żebym urwał z Basią kontakt. Napisała też, że – nie będę tego pisał w szczegółach – skoro on się chwalił przy dziewczynie prezerwami w portfelu i gada, że jest prawiczkiem, to coś jest nie tak. Napisałem więc Basi, że pora urwać kontakt. Że cierpię z tego powodu. Usunąłem ją wcześniej ze znajomych, bo wstawiła zdjęcie z NIM, jak on ją całuje. Nie chciałem tego oglądać. Teraz trzeba było zerwać kontakt całkowicie. Napisałem jej też opinię tej koleżanki, że coś jest nie tak z tamtym kolesiem. Przyznała, że trzeba urwać kontakt, że mnie nie skreśliła też(ja jej to napisałem), że wywali te kondony kolesiowi na oczach do śmieci, ale zarazem stwierdziła, że komu ma ufać..? Że sam ją namawiałem do ufania ludziom i że uważałem ją za głupią (nigdy tak nie powiedziałem). Sprostowałem, że nigdy nie uważałem jej za głupia, ale na pewno jest łatwo kochliwa. Że kieruje się zbyt emocjami. Że zawsze jest to „ten inny”, a nie ja. Napisałem też, żę jeśli uzna, że popełniłą błąd odchodząc, może napisać – to jedyna kwestia, z którą możę do mnie napisać po urwaniu kontaktu. Przeprosiła, była ciepla w ostatniej odpowiedzi, napisała nawet, że to, co czuje zostanie póki co w jej sercu, bo sama nie jest niczego pewna.
W sobotę widziałem, jak biegnie na dworzec z bagażami. Paradoks! Tyle czasu się nie widzieliśmy, a nagle się widzimy po zerwaniu kontaktu. Zapytałem, czemu do stancji jedzie w sobotę. Powiedziała, że „tak wyszło”, trochę się pośmiała, pogadaliśmy i popędziła na złamanie karku. Zapytałem jej siostrę – pojechała „w sprawach towarzyskich”. „Na randkę z nim , tak?” „tak.” Dla mnie nigdy nie przejechała 2 km, a dla niego gna 60 w wolny dzień… poczułem się jeszcze gorzej. Dziś polubiła moje zdjęcie na Fb, choć nie mam jej w znajomych (publiczne zdj.). Staram się o niej zapomnieć, ale te wszystkie hasła, w stylu „znajdź nową”, albo „tego kwiata pół świata” to irytujące bzdury ludzi, którzy nic nie rozumieją.

I tak, zostałem sam, pozbawiony jedynej osoby, której ufałem. Sam z małą wiarą. Opuszczony, osaczony. Zostawiony przez ukochaną na zakręcie życia, gdy ojciec wyrzucił mnie z domu, a matka znalazła nowego, zaś ja straciłem pracę i studia… i Miłość. A takżę zaufanie do kobiet.
Bardzo proszę o radę… co zrobiłem źle? Czy to moja wina, że się to rozpadło? Czy mam jej dać szansę, jeśli wróci? A jeśli nie wróci, jak żyć z tym uczuciem? Jak sobie poradzić?


Pn kwi 04, 2016 3:49 am
Zobacz profil
Czuwa nad wszystkim
Czuwa nad wszystkim

Dołączył(a): Cz cze 21, 2012 4:15 pm
Posty: 4478
Płeć: mężczyzna
wyznanie: katolik w pełnej łączności z papieżem
Odpowiedz z cytatem
Post Re: Po 6 latach zostawiła mnie dziewczyna. Jestem na skraju.
Aleś się bracie rozpisał.. Przyznam że czyta się to nawet nawet. Masz talent.
Co do jakiejkolwiek porady. Zajmij się sobą, skończ studia, może wydaj jakąś książkę, lub opowiadanie (to co napisałeś tu ma swój potencjał).
5-6 lat związku to już dużo, na tyle by być może powrócić za jakiś czas, albo ostatecznie zerwać. Twoja dziewczyna po prostu szuka wciąż swojego miejsca na Ziemi - ani to Twoja, ani jej wina.

_________________
"Bo myśli moje nie są myślami waszymi, ani wasze drogi moimi drogami - wyrocznia Pana." Iz 55


Pn kwi 04, 2016 2:29 pm
Zobacz profil
Niesamowity Gaduła
Niesamowity Gaduła
Avatar użytkownika

Dołączył(a): N sie 16, 2015 4:02 pm
Posty: 2612
Lokalizacja: Północ
Płeć: kobieta
wyznanie: katolik w pełnej łączności z papieżem
Odpowiedz z cytatem
Post Re: Po 6 latach zostawiła mnie dziewczyna. Jestem na skraju.
Trochę ciężko się to czyta, tekst długi, ale przeczytałam od początku do końca.
Myślę, że nie powinieneś się martwić tym, że nie jesteś z tą dziewczyną.
Z doświadczenia wiem, że kolejna (być może wreście ta prawdziwa) miłość leczy zranione serce i przywraca wiarę w szczęście. Po pewnym czasie wspomnienia zaczynają być obojętne.
Nierozumiem czemu nastąpił u Ciebie taki spadek wiary? może Bóg wcale nie chce dla Ciebie takiej żony ? Nie jesteś stworzony do tego aby być samotny. Módl się o tę prawdziwą miłość i jednocześnie pracuj nad sobą. Pamiętaj o nauce i pracy, teraz jest najlepszy czas aby zdobyć stałą pracę i wykształcenie.
Pozdrawiam :)


Pn kwi 04, 2016 2:47 pm
Zobacz profil
Niesamowity Gaduła
Niesamowity Gaduła
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pn lut 26, 2007 12:23 am
Posty: 1863
Lokalizacja: Jastrzębie Zdrój
Płeć: mężczyzna
wyznanie: katolik w pełnej łączności z papieżem
Odpowiedz z cytatem
Post Re: Po 6 latach zostawiła mnie dziewczyna. Jestem na skraju.
Dice, jesteś jeszcze młody, a świat się wcale nie zawalił, choć teraz Ci się tak wydaje. Z całym szacunkiem, ale przeczytałem Twój tekst z uśmiechem na twarzy, bo to jakbym doznał swoistego deja vu. Mógłbym pozmieniać tylko parę faktów i imion, po czym podpisać się na końcu. Przepraszam za mój uśmiech, bo Ty wylewasz swój ból z utraty ukochanej, i możesz odnieść wrażenie że Cię nie rozumiem, ale wierz mi, rozumiem doskonale bo sam to przeżyłem może boleśniej nawet. Tak to bywa z pierwszą miłością, że wydaje nam się wieczna i nie dopuszczamy do siebie myśli, że może się kiedyś skończyć. Zauważ, że sama nazwa tego uczucia `pierwsza miłość` sugeruje, że nie jest ostatnia, że po niej może nastąpić kolejna.

Kasię poznałem w liceum. Cud miód dziewczyna. Słodka, delikatna i jeszcze do tego mądra. Zawsze ciągnęło mnie do niej, a w ostatniej klasie nawet z wzajemnością. Mimo moich niedostatków urody zaimponowałem jej poczuciem humoru, oryginalnymi zainteresowaniami i jeszcze jakąś bzdurą, a potem powiedziała mi, że mam w sobie to coś (cokolwiek to znaczy) tak, że pewnego pięknego wieczora po wzajemnych wyznaniach tlących się szczenięcych uczuć zostaliśmy parą. Świat zawirował, zieleń była jeszcze zieleńsza, motyle i te sprawy... Codzienne spotkania graniczące z uzależnieniem od siebie. Pisałem dla niej wiersze i śpiewałem miłosne pieśni.
Było cudownie. A potem zaczęło się psuć. Od wspólnej przyjaciółki dowiedziałem się, że Kasia będąc u rodziny w Warszawie spotkała kogoś, kto widać miał jeszcze więcej tego "coś" niż ja i nie może o nim przestać myśleć. Nie potrafiła wybrać, nie potrafiła mnie rzucić, i tak trwała między światami. A mnie świat się właśnie zawalił, żyć się odechciało. Nie jadłem, nie spałem, delektowałem się swoim cierpieniem. Ona, żeby wszystko przemyśleć wyjechała na miesiąc do Niemiec.

Widzisz podobieństwo do swojego zakochania? Bo ja bardzo. A teraz dopiszę dla Ciebie ciąg dalszy, co zrobisz- od Ciebie zależy.

Przez ten miesiąc myślałem, że zwariuję. Cisza. Ani listu, ani telefonu (komórek wtedy nie było). Gdy wróciła, to pojechała najpierw do tamtego. Poczułem się jak frajer. Nie prosiłem, nie walczyłem, tylko po kolejnej nieprzespanej nocy, jeszcze o siódmej rano spakowałem wspólne zdjęcia, wszystkie prezenty które od niej dostałem, liściki i inne duperele, poszedłem do niej i choć serce wyło z bólu wręczyłem jej to wszystko, życząc wszystkiego najlepszego i takie tam. Gdy zobaczyłem, jak w tych emocjach trzęsą jej się nogi poczułem satysfakcję. Skoro nie potrafiła mnie rzucić, rzuciłem się sam. I zostałem sam.
Z tym... że nie na długo. Moją uwagę zwróciła inna koleżanka, którą bardzo lubiłem, ale traktowałem dotąd jak kumpla. I jako kumpla poprosiłem ją, by mi towarzyszyła na weselu mojego brata. I tak jakoś zrobiło się fajnie, że po weselu zaczęliśmy się spotykać. Pokochałem ją uczuciem dojrzałym i pełnym. Do dziś jesteśmy szczęśliwym małżeństwem ze stażem równym Twojemu wiekowi. A tamten związek? Szczeniackie doświadczenie.
Po latach, na spotkaniu klasowym tamta Kasia, która jest już nieładną kobietą po dwóch rozwodach, mówi mi coś takiego: -Popatrz (tu padło moje imię), co myśmy najlepszego narobili. Mogło być nam tak dobrze.
Nie odpowiedziałem, ale wiem, że ja wtedy przed laty postąpiłem najwłaściwiej, a historia o dwóch połówkach to bzdura.

Życzę Ci Dice byś szybko spotkał tę jedyną i właściwą, a o tamtej zapomniał. Po dwudziestu kilku latach śmiał się będziesz z tego co dziś przeżywasz.

_________________
W Panu Bogu umocniony, niczego i nikogo się nie będziesz bał. M.Kolbe


Pn kwi 04, 2016 4:39 pm
Zobacz profil
Niesamowity Gaduła
Niesamowity Gaduła
Avatar użytkownika

Dołączył(a): N sie 16, 2015 4:02 pm
Posty: 2612
Lokalizacja: Północ
Płeć: kobieta
wyznanie: katolik w pełnej łączności z papieżem
Odpowiedz z cytatem
Post Re: Po 6 latach zostawiła mnie dziewczyna. Jestem na skraju.
Widzisz Kolor, możesz Bogu dziękować, że z Kasią Ci nie wyszło. Ja też dziękuję Stwórcy, że mój były chłopak nie został moim mężem. Wtedy było mi bardzo smutno bo byliśmy razem dwa lata, ale gdy poznałam mojego męża, to zapomniałam o wszystkim:)


Pn kwi 04, 2016 5:47 pm
Zobacz profil
Niesamowity Gaduła
Niesamowity Gaduła

Dołączył(a): Śr mar 02, 2016 5:53 pm
Posty: 1507
Płeć: mężczyzna
wyznanie: bezwyznaniowiec
Odpowiedz z cytatem
Post Re: Po 6 latach zostawiła mnie dziewczyna. Jestem na skraju.
Zaraz wywala moj post z tego dzialu, ale moze zalozyciel watku zdola przeczytac ta krotka historyjke :

Dawno, dawno temu, w kraju ktorego juz nie ma ( PRL ), w jego stolicy Wwie szedlem, rzeski 19 latek z moja mama w niedziele rano do przystanku tramwajowego na ulicy Rakowieckiej. Mama majaca niesamowitego nosa co do moich nastrojow zapytala o dziewczyne,ktora miala byc wowczas "moja dziewczyna", a ja musialem odpowiedziec ze podczas prywatki poprzedniego wieczoru dziewczyna wyjawila ze woli mojego przyjaciela Andrzeja ode mnie i dlatego to nie ja odprowadzalem ja do domu poprzedniego wieczoru.
Wowczas mama popatrzyla na mnie i zapytala :
" Adasiu, czy wiesz jak jest z dziewczynami ?"
"Nie wiem" - w gruncie rzeczy pytanie bylo dosc ogolne.
"Jest tak jak z tymi tramwajami, zobacz - ten odjechal, ale nastepny juz dzwoni" :)

Zapamietalem to przedwojenne jeszcze powiedzonko mowiace w gruncie rzeczy ze warto dokladniej rozejrzec sie wokol siebie, bo moze jest tam ktos nami zainteresowany a my go po prostu nie widzimy.
Ja tam wierze w teorie polowek, ale ta naprawde swoja nie jest latwo znalezc.
Ta dziewczyna nie byla twoja polowka i to wszystko.
Niezaleznie od tego jak jest to bolesne teraz, o wiele bardziej bolesne byloby skonstatowanie tego faktu po slubie.


Pn kwi 04, 2016 7:00 pm
Zobacz profil
Niesamowity Gaduła
Niesamowity Gaduła
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt gru 29, 2015 1:30 am
Posty: 1492
Lokalizacja: Syracuse
Płeć: mężczyzna
wyznanie: katolik w pełnej łączności z papieżem
Odpowiedz z cytatem
Post Re: Po 6 latach zostawiła mnie dziewczyna. Jestem na skraju.
No tak.
Nic tak nie boli jak "złamane " serce.
Szczególnie ten pierwszy raz. Jedyny ból który do śmierci zapamiętam.
Każdy z nas chyba to musi przeżyć.
Jedno jest pewne czas leczy rany.
Najgorszy jest początek. Należy w ten czas "keep busy" - zająć się czymś pozytywnym. Czymś co sprawia Ci przyjemność co odciągnie Cię psychicznie od doła.
Nie rozmyślać non stop, użalać, bo to tylko jeszcze więcej dołuje.
Moja historyjka nie kwalifikuje się na forum publiczne. Było FATALNIE!!!!
Przestało chcieć się żyć i trwało długo!
Ale poradziłem sobie - ledwo! Najważniejsze się nie dać - nie wpaść w nałóg i broń Boże nie targać na własne życie - bo i takie myśli łażą po łbie.
Wszystko minie z czasem - bądź dzielny. To piękna nauka na przyszłość.

_________________
Świat jest mostem. Przechodźcie przez niego, ale nie zatrzymujcie się na nim, aby zamieszkać.


Pn kwi 04, 2016 7:04 pm
Zobacz profil WWW
Niesamowity Gaduła
Niesamowity Gaduła

Dołączył(a): Pt cze 27, 2014 12:47 pm
Posty: 5787
Płeć: kobieta
wyznanie: katolik w pełnej łączności z papieżem
Odpowiedz z cytatem
Post Re: Po 6 latach zostawiła mnie dziewczyna. Jestem na skraju.
Cytuj:
Po latach, na spotkaniu klasowym tamta Kasia, która jest już nieładną kobietą po dwóch rozwodach,


Czuję jakby nutę satysfakcji.

Mnie byłoby bardzo przykro, gdyby któremuś z chłopaków, którzy podobali mi się, nie poukładało się w życiu. Ale z tego, co mi wiadomo, mają się dobrze :-D


Pn kwi 04, 2016 7:36 pm
Zobacz profil
Niesamowity Gaduła
Niesamowity Gaduła

Dołączył(a): Śr lis 18, 2015 10:14 pm
Posty: 1144
Płeć: mężczyzna
wyznanie: katolik w pełnej łączności z papieżem
Odpowiedz z cytatem
Post Re: Po 6 latach zostawiła mnie dziewczyna. Jestem na skraju.
Według mnie, konto jej szans już dawno się wyczerpało. ;-)

Podobnie jak wielu innych ludzi, też byłem ostro zakochany do czasu, aż dziewczyna powiedziała mi kiedyś, że musimy trochę od siebie odpocząć.
Tyle, że ja mam taki charakter, że wystarczy jedno odrzucenie i wszystko kończę. Tak było też tamtym razem. Przeżyłem to strasznie, ale wszystko było skończone. Pamiętam, że potem jeszcze raz poszedłem do niej po swoją książkę, bo chciała mi ją oddać. Kazała mi poczekać, bo chciała wziąć prysznic, potem wyszła żmija spod prysznica w samym szlafroku, wzięła do ręki tę książkę i zaczęła się ze mną droczyć, żebym sobie ją wziął. No i wziąłem - książkę, mimo tego, że chciała bym wziął ją. Choćby była najbardziej powabną kobietą świata, olałbym ją tak samo. Potem jeszcze ze dwa razy próbowała się ze mną spotkać, ale nie udało jej się.

Nie żałuj swojej byłej dziewczyny i zakończ to, co już i tak nie istnieje. Nigdy nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Ona sobie znajdzie innego. Ty trochę pocierpisz i będzie coraz lepiej. Uwolnij swój umysł od niej i jej umysł od ciebie. Pozwól jej odejść, nie trzymaj jej w swoim sercu.

Wiem dobrze, jak to boli - boli tysiąc razy więcej niż chory ząb. Ale po jakimś czasie ból minie, a zostanie wolność i szansa na coś nowego.

Mógłbym tak w kółko pisać.

Ale tu jeszcze potrzeba ci czegoś praktycznego:
Musisz przeżyć to przed Bogiem. Musisz tak długo modlić się przed Bogiem, wybaczając jej i usprawiedliwiając ją i uwalniając ją od siebie, aż poczujesz spokój. Może nie wystarczyć raz, może trzeba będzie ten proces powtarzać wiele razy, ale za każdym razem będzie coraz lepiej. Po prostu powiedz "bądź wola twoja" i zrozum, że przyszłość stoi przed tobą otworem.
Masz charakter podróżnika, więc to zrozumiesz, że za rogiem czekają na ciebie następne fascynujące przygody życia. Oddaj swój worek z kamieniami Bogu, odetchnij i nie oglądając się za siebie zacznij nowe życie.

Ja trzymam za ciebie kciuki, i tak jak zapewne wielu ludzi z tego forum pomodlę się za ciebie. ;-)


Pn kwi 04, 2016 7:41 pm
Zobacz profil
Czuwa nad wszystkim
Czuwa nad wszystkim
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt maja 06, 2011 2:22 pm
Posty: 12301
Płeć: kobieta
wyznanie: katolik w pełnej łączności z papieżem
Odpowiedz z cytatem
Post Re: Po 6 latach zostawiła mnie dziewczyna. Jestem na skraju.
Nie wyrzucę Adasia. Nasz bohater skierował wątek do innego działu. Wrzucę go tam z powrotem.


Pn kwi 04, 2016 7:47 pm
Zobacz profil
Niesamowity Gaduła
Niesamowity Gaduła

Dołączył(a): Pt lip 26, 2013 4:24 pm
Posty: 4214
Lokalizacja: Szwecja
Płeć: mężczyzna
wyznanie: katolik w pełnej łączności z papieżem
Odpowiedz z cytatem
Post Re: Po 6 latach zostawiła mnie dziewczyna. Jestem na skraju.
Bardzo podoba mi się wpis lekarstwo :)

Dice, to straszne co się stało z Twoim ojcem.............. i na to jeszcze nałożyło się niepowodzenie z dziewczyną... czujesz się oszukany przez nią i przez życie, odarty z nadziei.
Proszę żebys nie znienawidził ukochanej, to złe uczucie, będzie niszczyło najbardziej Ciebie a może się rozwinąć.
W miłosci jak w sporcie, bywa że się przegra, i to też jest życie.
Niczego nie zrobiłes źle. Są sprawy na które mamy ograniczony wpływ, a do tanga trzeba dwojga.

Co do drugich połówek to ja uważam że takich połówek dla każdego jest więcej niż tylko jedna. Ważne aby dwoje do siebie pasowało, uzupełniało, w żadnym razie bajki o przeciwieństwach jako gwarancie stabilnosci.
A ten stan zawieszenia, szukania bez nadziei dobrze znam, w dojrzalszym wieku nie jest łatwiej a nawet trudniej. Spokojnie i daj sobie czas.

I raczej nie dziękowałbym Bogu że z kims nie jestem, jesli to że skierowal mnie na dobrą drogę. I nie smiałbym z dawnego mnie sprzed lat, to ten sam ja, a bez tamtego dawnego nie byłoby tego dzisiejszego.

Nie mysl źle o kobietach. One są różne, jak i faceci.

Czas naprawdę leczy rany i uczy pogody. Głowa do góry.

_________________
'Bo góry mogą ustąpić i pagórki się zachwiać
Ale miłość moja nigdy nie odstąpi od Ciebie
Mówi Pan'


Pn kwi 04, 2016 11:00 pm
Zobacz profil
Niesamowity Gaduła
Niesamowity Gaduła
Avatar użytkownika

Dołączył(a): N sie 16, 2015 4:02 pm
Posty: 2612
Lokalizacja: Północ
Płeć: kobieta
wyznanie: katolik w pełnej łączności z papieżem
Odpowiedz z cytatem
Post Re: Po 6 latach zostawiła mnie dziewczyna. Jestem na skraju.
Cytuj:
I raczej nie dziękowałbym Bogu że z kims nie jestem, jesli to że skierowal mnie na dobrą drogę.


Jedno nie wyklucza drugiego. Ja dziękuję Bogu, że przejrzałam na oczy, bo miałabym bardzo źle.


Wt kwi 05, 2016 5:28 am
Zobacz profil
Niesamowity Gaduła
Niesamowity Gaduła
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt maja 20, 2011 11:24 am
Posty: 1602
Płeć: mężczyzna
wyznanie: bezwyznaniowiec
Odpowiedz z cytatem
Post Re: Po 6 latach zostawiła mnie dziewczyna. Jestem na skraju.
Wybij klina klinem, sprawdzony sposób.

_________________
"I don't know about heaven, but i do believe in angels."


Wt kwi 05, 2016 8:39 am
Zobacz profil
Milczek
Milczek

Dołączył(a): Śr paź 01, 2014 11:05 am
Posty: 14
Płeć: mężczyzna
wyznanie: nie chcę podawać
Odpowiedz z cytatem
Post Re: Po 6 latach zostawiła mnie dziewczyna. Jestem na skraju.
Jak napisali poprzednicy - przejdzie Ci, choć ciężko w to uwierzyć.

Mam parę groszy do dorzucenia jeśli chodzi o analizę przyczyn stanu rzeczywistości w jakim się znalazłeś. Tak to już jest, że człowiek zakochany/kochający stara sobie racjonalizować pewne zachowania drugiej strony. I tak to już jest, że patrzy przez pryzmat swoich przekonań, oczekiwań. To co rzuciło mi się w oczy w Twojej historii to że :

- kiedyś wyrzuciłeś jej, że ona z kimś tam coś tam fizycznie, a Ty jej 'nie wykorzystałeś gdy była pijana', i ona jest niniejszym niewdzięczna - to może być dla Ciebie bolesna konstatacja, ale zważ, że to co ma dla Ciebie taką wartość nie musi wcale takie być dla niej. Podejście do seksu jest bardzo różne, i to że zachowywaliście tzw. czystość (mniej lub bardziej) mogło nie być dla niej oznaką szacunku, a wręcz wadą! dla niektórych seks jest i zawsze musi być wielką mistyczną sprawą, a dla innych może również istnieć po prostu jako przyjemność tak jak przytulanie czy wspólny szalony wieczór na dajmy na to - paintballu. to zapewne szokujące dla Ciebie ale jest to jakaś lekcja - ludzie sa różni i może po prostu nie pasowaliście do siebie już od dawna - światopoglądowo przede wszystkim.
dla mnie na przykład nie ma żadnego znaczenia, że akurat tak wyszło, że byłem pierwszym i ostatnim partnerem seksualnym mojej żony - ani mnie to ziębi, ani parzy.

- do tego co napisałem wyżej, pasuje też to co się z nią działo, że po jakichś fizycznych doznaniach byłeś odtrącany, słyszałeś nieprzyjemne rzeczy - ja bym obstawiał, że ona od długiego czasu chciała 'prawdziwego seksu', którego Ty nie chciałeś jej dać, więc zawsze czuła się w pewnej mierze rozczarowana Twoim zachowaniem i światopoglądem.

- doskonale wpasowałeś się w role 'koła zapasowego' wybaczając wszystko i zawsze czekając na nią. bardzo możliwe, że świadomie i podświadomie po prostu wykorzystywała to, że może szukać kogoś z kim będzie naprawdę szczęśliwa, a jej miłość do Ciebie była 'na pół gwizdka' i całymi LATAMI tak naprawdę trochę się rozglądała. to częstsze niż myślisz.


Wt kwi 05, 2016 12:50 pm
Zobacz profil
Czuwa nad wszystkim
Czuwa nad wszystkim
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt maja 06, 2011 2:22 pm
Posty: 12301
Płeć: kobieta
wyznanie: katolik w pełnej łączności z papieżem
Odpowiedz z cytatem
Post Re: Po 6 latach zostawiła mnie dziewczyna. Jestem na skraju.
Zawód milosny? Nasze prababki mówiły: co z oczu, to z serca. Święta prawda. Należy usunąć z pola widzenia pamiątki, listy, zdjęcia. Bodźce wzrokowe uruchamiają w mózgu procesy neurofizjologiczne, które odpowiadają za określone stany emocjonalne. W dodatku naszemu mózgowi jest obojętne, czy 'przeżycie' dzieje się naprawdę, czy przywołujemy je tylko we wspomnieniach. Myśląc o czymś możemy wprawić się w stan będący niemal odzwierciedleniem emocji wywołanych niegdyś przez jakieś zdarzenie, a dziś będącym już tylko wyobrażonym echem dawnej sytuacji. Jedynym rozsądnym wyjściem jest powiedzieć sobie: Było minęło. Trudno.
Dlaczego? Bo miłość, zwłaszcza niespełnioną latwo nakarmić okruchami dającymi chwilowe złudzenie sytości. Okruchów na długo nie starczy i cierpienie powróci z jeszcze większą siłą. Tego kto ukradł serce - należy wyprosić - i wypraszać ilekroć pojawi się we wspomnieniach. Jak? Poszukać w pamięci wad tej osoby i namalować od nowa jej portret. W leczeniu nierealnych tęsknot dużą rolę aktywność i przyjemne zajęcia. Dostarczają endorfin. Pomagają rozmowy z przyjacielem.
I to akurat odruchowo uskuteczniłeś prosząc o pomoc. :)


Wt kwi 05, 2016 4:11 pm
Zobacz profil
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 21 ]  Przejdź na stronę 1, 2  Następna strona


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Google [Bot], Google Adsense [Bot] i 15 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów

Szukaj:
Skocz do:  
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group.
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL