Wątki bez odpowiedzi | Aktywne wątki Teraz jest Wt maja 21, 2019 1:29 am



Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 172 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5 ... 12  Następna strona
 Bóg przyszedł do mnie 
Autor Wiadomość
Zagadywacz
Zagadywacz
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt lip 04, 2014 4:09 pm
Posty: 123
Płeć: mężczyzna
wyznanie: katolik w pełnej łączności z papieżem
Odpowiedz z cytatem
Post Bóg przyszedł do mnie
Syn umiłowany

Chciałbym podzielić się z wami moim świadectwem. Jak to Bóg przyszedł do mnie.
Urodziłem się w rodzinie uważanej za katolicką. Otrzymałem wszystkie sakramenty. Od dzieciństwa Bóg był mi przedstawiany jako sędzia, który karze za nasze złe uczynki, a za dobre wynagradza. Budził we mnie bardziej lęk, aniżeli miłość, bo nigdy od Niego nic dobrego nie dostałem (tak mi się wtenczas wydawało), a życie moje nie było zbyt szczęśliwe. Raczej zawsze próbowałem się przed Nim chować, a nie szukać Go. Często bałem się Boga spotkać, aby przypadkiem czegoś mi nie kazał albo czegoś nie zabronił. Bo wiadomo, jak mi coś będzie kazał zrobić, to będzie się to wiązało z jakimś wyrzeczeniem, dyskomfortem, a wtedy raczej pogorszy mi się w życiu, a nie polepszy. Odkąd pamiętam, mój ojciec nadużywał alkoholu. Często z tego powodu wybuchały w domu kłótnie, awantury. Będąc w wieku około 5 lat, przyglądałem się rodzinom moich rówieśników z tak zwanych „normalnych” rodzin i zapragnąłem mieć właśnie taką kochającą się rodzinę. Babcia mówiła mi, że Bóg może spełniać nasze prośby, więc prosiłem go sercem dziecka, aby ojciec przestał pić, aby nie było kłótni w domu, aby tata był ze mną, abym był kochanym dzieckiem. Niestety, po paru moich modlitwach zobaczyłem, że nic się nie zmienia: ojciec jak pił, tak pije, bieda – jak była, tak i jest itd. Wniosek przyszedł szybko: Bóg mnie nie słucha. Bóg nie spełnia próśb, Bóg się mną nie interesuje, Bogu też na mnie nie zależy. Bóg jeśli jest, to mało go obchodzę. Muszę sobie radzić w życiu sam i nikogo nie potrzebuję.
Komunię Świętą i sakrament bierzmowania przyjąłem bez wiary, bez wewnętrznej potrzeby oraz wiedzy, o co tak naprawdę chodzi w przyjmowaniu sakramentów. Inni je przyjmowali, to ja też, właśnie żeby nie być innym. Lecz moje serce wcale do Boga się nie zbliżyło, a przynajmniej tego nie odczułem, i zdanie o Nim pozostało podobne jak w dzieciństwie. Jeśli chodziłem do kościoła, to pod przymusem katechety, mamy, nakazu, bojaźni przed karą Bożą, a nie z własnego wyboru. W kościele czasem byłem (dla tradycji), ale na Mszy Świętej raczej myślami, duchowo nieobecny. Sąsiedzi uważali nas za katolicką rodzinę.
Tak mijały lata bez Boga, bez spowiedzi. Ożeniłem się, mamy dwójkę dzieci. Pracując zawodowo, układało się nam wspaniale, ale do czasu. Spotkałem kiedyś człowieka z innej kultury, który zapytał się mnie, czy wierzę w Jezusa i czy jestem katolikiem. Trochę zaskoczony pytaniem, trochę przestraszony, na dwa pytania odpowiedziałem negatywnie – zaparłem się Boga. Po chwili pomyślałem, ale „ze mnie żenada”, nawet nie przyznałem się, że jestem ochrzczony, po Komunii, bierzmowany, mam ślub kościelny. I od tej chwili, od tamtego momentu z perspektywy czasu dostrzegam, że Jezus wziął się za mnie.
Wspaniałą pracę, którą miałem od kilku lat (prestiżową, dobrze płatną i nie męczącą), straciłem w jednej chwili (podczas nieobecności urlopowej). W gospodarstwie domowym zaczęło nam brakować pieniędzy. Aby żyć na dotychczasowym poziomie, postanowiłem rozpocząć własną działalność gospodarczą, zaciągnąłem ogromny kredyt, którego nie mogliśmy spłacić z dochodów firmy. Po czasie pieniądze się skończyły, obrót w firmie był marny, ogromny dług został. Nie widziałem wyjścia z sytuacji, nawet małego światełka.
Pewnego wieczoru kupiłem alkohol, aby się upić. Miałem nadzieję, że smutki może staną się lżejsze do zniesienia. W domu byłem wtedy sam, drzwi były zamknięte. Po upiciu się, w mojej głowie pojawiały się myśli koszmarnie złe. Zły duch zaczął mi przypominać wszystkie tragiczne momenty w moim życiu. Jakby patykiem rozdrapywał zagojone, zapomniane rany. Przypominał sytuacje z mojego życia, aby pokazać, jaki jestem: do niczego, nie kochany, wyśmiewany, nie potrafiący wyżywić rodziny, niechciany, nic dobrze nie potrafiący zrobić, bez talentów, jedno wielkie dno, nie zasługujące na czyjąkolwiek miłość lub szacunek. I ja w głębi serca przyznawałem temu rację. Powodowało to ogromny ból, ból mojej duszy, taki ból, że jedyną ucieczką od niego wydawała się śmierć, a właściwie pewność, że śmierć to najlepsze rozwiązanie. Zacząłem robić wyrzuty Bogu, bez nadziei, że mi odpowie. – Dlaczego moje życie jest takie popaprane? Nie takie, jak mają inni, nie takie jakbym chciał, zawsze pod górę. Nie było odpowiedzi. Po około godzinie takich rozmyślań i płaczu byłem zdecydowany. Wstałem z wersalki i poszedłem do kuchni, aby poszukać sznurka, paska, może odkręcić gaz. Wiedziałem, że nie chcę żyć. Miałem 38 lat (tyle, ile ten człowiek, przy sadzawce Betesda).
Była sobota około godziny 23:00. W drodze z pokoju do kuchni zrobiłem kilka kroków. I nagle – Wszechogarniający pokój... Jest mi tak bezpiecznie, niczego się nie boję. Potężny ocean Miłości ogarniał moją duszę i wlewał się do niej. Światłość niepojęta, wszędzie, biała, tak ogromna, że powinna razić, a nie raziła, parzyć, a nie było mi wcale gorąco. Było mi tak dobrze. W życiu nie było mi tak dobrze. Wiedziałem już, moja dusza wiedziała (mimo, że byłem przed sekundą pijany, dusza moja była trzeźwa): To Ty jesteś, Jezu, (stwierdzenie ze zdziwieniem). Istniejesz naprawdę. Pewność, radość. Myślałem, że Ciebie nie ma, może żyłeś kiedyś, ale nie dziś. Nie wierzyłem w Twoje istnienie tu i teraz, wiesz przecież. Już dusza moja wie i pragnie poznawać Ciebie w każdej sekundzie więcej i więcej, chcę o Tobie wiedzieć jak najwięcej, być jak najbliżej Ciebie, w Tobie, poznawać Ciebie. Tu padły słowa, których nie zapomnę do końca życia i jeszcze dłużej. Były to słowa Jezusa: KOCHAM CIĘ (ciepły, męski, spokojny głos). Wielka fala miłości spłynęła na mnie. Poznałem ogrom miłości Boga do mnie. Miłość zalała całą moją duszę. Rozpłakałem się. Łzy wylewały się ze mnie strumieniami (to nie był zwykły płacz, ale rzeki łez). Jezus dał mi zobaczyć swoją duszę. Widzę, stojąc przed Tobą, Jezu, jak nędzna jest dusza moja, jak mała, czarna, skulona, jakby mokra, spleśniała cuchnąca szmata, którą nawet dotknąć przez rękawiczkę bym się brzydził – powiedziałem. Zapytałem Jezusa. – Mnie? Za co mnie możesz kochać? Nędzny, marny jestem, Ty wiesz, jaki jestem. Nie jestem godzien Twojej miłości. Nie jestem godzien kochania.
Poczułem uderzenie, strumień miłości bezinteresownej, pełnej akceptacji, bezwarunkowej, za nic, od zawsze i na zawsze. Zobaczyłem małe nierozerwalne strumienie (miłości, opieki) wychodzące ze światła Jezusa do każdego człowieka i poczułem, że Bóg sam opiekuje się każdym człowiekiem i każdego bezgranicznie zna i kocha. Po odczuciu bezwarunkowej wielkiej miłości moje nastawienie do mojej osoby się zmieniło. – Skoro jesteś i mnie kochasz tak wielką miłością i jest mi tak dobrze z Tobą..., to ja już nie chcę sam sobie odbierać życia, nie ma już we mnie takiej woli (jakby nigdy nie było), ale chcę być z Tobą na zawsze, zawsze przy Tobie, zabierz mnie z sobą.

Już wiedziałem, że On jest, jest Miłością i najlepiej przecież się zajmie moją rodziną, nie odczuwałem żadnego lęku, żalu, że zostawię bliskich na ziemi. Wręcz przeciwnie cieszyłem się, że Bóg się o nich zatroszczy w najlepszy dla nich sposób. Była chęć odejścia, ale motyw był już inny, nie chciałem odchodzić z tego świata, bo mi tak źle, ale chciałem odejść, bo jest mi tak dobrze z Jezusem. A może nie tyle odejść z tego świata, co wrócić do Ojca, do domu. Bo tam jest mój dom, moje miejsce. Nie jestem z tego świata.
Jezus (myśl do mojej duszy. Z Bogiem można rozmawiać bez słów):
– Znajdziesz mnie w Kościele i w Moim słowie, nie zostawię cię sierotą, jestem zawsze przy tobie. Teraz wiesz, że Ja jestem zawsze przy tobie i zawsze cię kochałem, kocham i będę kochał.
– Ale w kościele mam Cię szukać? Zapytałem. Ci księża są tacy... no, wiesz jacy... nie lubię ich, denerwują mnie, zawiodłem się na nich.
Jezus: Choćby wszyscy kapłani na świecie cię zawiedli, wiedz, że Ja Jestem najwyższym kapłanem, a Ja nigdy nie zawodzę. Za kapłanów się módl, bo są ukochanymi duszami Moimi. Wiedz, że mają więcej pokus niż Ty.
– Panie, widzę swoją duszę i wiem, jaka jest. Ale stojąc przed Tobą w oceanie Twojego pokoju, miłości i światła, ja, nędznik, chcę być z Tobą na wieki. Prowadź mnie do siebie, do wieczności z Tobą. Nie puszczę Ciebie, będę się trzymał... Twojej nogi. Jakbyś chciał pójść gdzieś beze mnie, nie puszczę Cię, choćby cierpienia moje na ziemi były ogromne, muszę być zawsze z Tobą na wieki, muszę, chcę, pragnę.
Jezus nie powiedział mi, że mnie nie zabierze, ale dał mi odczuć, jaki będzie mój największy smutek zaraz przed wejściem do nieba. Poczułem, że będzie to smutek powodowany tym, że tak mało istnień ludzkich doprowadziłem do Boga i na tak mało zaistnień ludzi, dzieci, na tym świecie wyraziłem zgodę. Że moja radość nie będzie pełna, jeśli w niebie nie znajdzie się więcej dusz, które mógłbym przyprowadzić do Pana. Radość nie jest pełna, jeśli nie mamy się nią z kim podzielić. Chciałem, aby jak najwięcej dusz cieszyło się ze mną pobytem w niebie.
Spotkanie się zakończyło tak nagle jak się rozpoczęło. Nie wiem, ile trwało? Może sekundę, może dwie godziny. Podczas przyjścia Jezusa, wiem, to dziwne, ale nie było czasu.
Po półtora roku urodził mi się syn
Następnego dnia rano, gdy wyszedłem na ulicę, patrzyłem na twarze ludzi. Próbowałem w ich spojrzeniach dostrzec informacje, że do nich też przyszedł kiedyś Jezus, bo przecież nie jestem wyjątkowy, skoro był i u mnie, to i u nich na pewno. Miałem przekonanie, że do nich też przychodzi, tylko nie mówią o tym fakcie. Chciałem krzyczeć na ulicy z radości, że Jezus jest. Lecz odwagi mi zabrakło. Wahadełko, które miałem z czasów młodzieńczych i niekiedy z niego korzystałem, wyrzuciłem do kanału ściekowego, czułem, że tam jego miejsce. Zacząłem nosić krzyż na piersi, chodzić do kościoła w niedziele i niekiedy w dni powszednie, szukać Jezusa, szukać rozmowy z Nim, tyle chciałem, żeby mi powiedział, wyjaśnił. Z wielkim strachem poszedłem do spowiedzi, ale była ona bardzo krótka i płytka. O wizycie Jezusa w moim domu i w duszy kapłanowi nawet nie wspomniałem. Znowu strach, że uzna mnie za wariata. Wysłuchałem gdzieś w internecie fragmentów „Dzienniczka” Siostry Faustyny. Większość niedzielnych Mszy (przez 4 lata) ofiarowałem za dusze czyśćcowe i prosiłem świętą Faustynę o obecność przy mnie na Mszach Świętych, gdyż bluźnierstwa w mojej głowie i rozproszenia podczas nabożeństw były bardzo silne. Prosiłem dusze czyśćcowe o modlitwę za mnie.
Po około 4 latach od opisanych powyżej zdarzeń, podczas Mszy Świętej chciałem coś ofiarować Bogu, Jezusowi (czułem, że tak mało daje od siebie Komuś, kogo kocham). Zacząłem szukać w myślach, co ja mam takiego najcenniejszego, cóż bym mógł ofiarować. Pierwsza myśl – nic nie mam. Za chwilę przyszła odpowiedź. Życie. Wolną wolę. W głowie pojawiała się myśl ze słowami: życie chcesz oddać? Wolną wolę? Spójrz na świętych, jak oni skończyli, w biedzie, zabici, zagłodzeni w celi, odrzuceni, nie rozumiani przez innych, jeden ukrzyżowany głową w dół. Większości się dobrze nie powodziło. Tego chcesz? Wtedy to właśnie powiedziałem szybko, nie rozmyślając nad złym głosem.
– Panie, po ludzku to nic nie mam (sławy, bogactwa, urody, wiedzy, umiejętności, talentu, pobożności), ale to, co mam, to oddaję Tobie. Życie i wolną wolę. Niech się dzieje w moim życiu wola Twoja; co chcesz, to rób. Mam umrzeć dziś – dobra. Mam być kaleką – dobra. Mam zwariować albo być uznany za wariata – dobra. Mam być żebrakiem – dobra. Zgadzam się na wszystko. Niech się dzieje wola Twoja. Niech Twój plan, nie mój, względem mojej osoby się realizuje, bezwarunkowo. Oczywiście, daj, Panie, siłę, abym Twoim planom podołał, nigdy nie zwątpił, z Tobą wszystko mogę.
Uświadomiłem sobie, że właściwie pierwszy raz prawdziwie się pomodliłem: ... bądź wola Twoja. Od pojawienia się Jezusa w moim życiu klepałem pacierz rano i wieczorem, nie zastanawiając się, co właściwie mówię. Oddanie życia i woli było jak skok w przepaść. Lęk odczuwałem, ale wiedziałem, że jak „skoczę” bez żadnych zabezpieczeń, czyli moich pomysłów na życie, On mnie złapie. On ma dla mnie swój plan, a ja jestem gotów go wypełnić, byle bym tylko był z Nim w niebie.
Kilka dni później prosiłem Ducha Świętego o dobrą spowiedź. Był czas przed Wielkanocą. Czułem, że dotychczasowe spowiedzi były nijakie, z marszu, na szybko, pobieżne, bez wiary, że w konfesjonale jest Jezus. Chciałem się wyspowiadać z całego życia. Podczas spowiedzi płakałem, wymieniłem parę grzechów, ale też wyznałem, że zgrzeszyłem łamiąc wszystkie przykazania Boże (nie byłem w stanie przypomnieć sobie szczegółowo moich wszystkich grzechów), nawet zabiłem, tak zabiłem Boga, Jezusa, swoimi grzechami, moje grzechy przybiły Go do krzyża, chcę wrócić do Boga, prosić o wybaczenie. Słysząc słowa Jezusa w ustach kapłana, że mi odpuszcza, po rozgrzeszeniu, rozpłakałem się jeszcze bardziej.
Zaczęło się na dobre. Wychodząc z kościoła zobaczyłem, że coś się zmieniło na świecie. Kocham wszystkich ludzi. Kocham siebie, kocham trawę, kocham drzewa, każdy liść na drzewie był bardziej zielony, kontury kształtów bardziej zarysowane, cały świat był wyraźniejszy, nasycony pełnią barw. W każdym z tych liści widziałem dzieło Boga. Chciałem tańczyć, śpiewać, skakać. Biec do ludzi ze słowami: Jezus mnie kocha. Nogi stały się lżejsze, jakby unosiłem się 10 cm nad ziemią. Wiedziałem, Bóg wybaczył mi wszystkie grzechy, jest ze mną. Jestem bez grzechu.
Pomyślałem: Panie Boże, może już w moim życiu nie będzie drugiej takiej wyjątkowej, bezgrzesznej chwili, pewnie zaraz mnie zabierzesz do siebie, bo jak nie teraz, to kiedy? Z naprzeciwka zobaczyłem nadjeżdżający samochód. Pomyślałem, zaraz auto skręci na chodnik, na mnie, i ...Pan mnie zabierze. Ma szansę mnie zbawić dla nieba. Niestety, przejechało koło mnie, normalnie, ulicą. Uświadomiłem sobie, że skoro teraz mnie nie zabrał, a moment, aby trafić do nieba wydawał się idealny, to On wierzy we mnie, ma nadzieje, wie, że do nieba pójdę, ale jeszcze nie w tym czasie. Choć myśl – Panie Boże, ale ryzykujesz; a jak nie będzie takiej drugiej chwili, hmm...? – w głowie była. Wiedziałem, że plan Boży względem mojej osoby i mojego pobytu na ziemi jeszcze się nie zakończył i że ja sam siebie nie zbawię przez moją bezgrzeszność, ale dzięki Jego miłosierdziu.
Przyszedłem do domu i powiedziałem, że Jezus będzie z nami mieszkał. Domownicy uznali to za jakiś dobry żart. Ale ja naprawdę chciałem, aby z nami mieszkał. W tym dniu przyszło morze łask, o które nawet nie prosiłem. Wierzcie mi, nie prosiłem. Nawet o łaskach, które mógłby mi dać, nie myślałem.
Zostałem uwolniony od gier komputerowych. Do tej chwili potrafiłem zaniedbywać rodzinę, siedząc godzinami przed komputerem. Prosiłem dzieci, aby chowały mi płyty z grami, abym nie grał od razu jak przyjdę z pracy. Sam nie potrafiłem się opanować. Nieraz grałem do 2-3 w nocy. Otrzymałem łaskę uwolnienia od internetu. Kiedyś przeglądałem godzinami strony, nawet te, które mnie nie interesowały. Bóg zmienił zniewalający internet na służący do wyszukiwania Jego słowa, nauki Kościoła, żywotów świętych. Otoczyłem się przedmiotami przypominającymi mi o Bogu, aby w roztargnieniu dnia o Nim nie zapominać: obrazki, cytaty z Pisma Świętego, aplikacja z Biblią w telefonie, wyświetlacz z wizerunkiem Jezusa itp. Dar składania rąk do modlitwy na znak: Czyń, Panie, ze mną, co chcesz. Twoja wola niech się dzieje. Ze smutkiem patrzę, jak mało osób składa ręce podczas Mszy Świętej (także kapłanów), modlę się za nie, aby oddały życie Jezusowi całkowicie i bezwarunkowo. Podczas większości Mszy świętych nie śpiewałem wraz z ludźmi, jakoś nie chciało mi się, trochę się wstydziłem. Pan Jezus powiedział do mnie w myślach podczas jednej z nich „ jak myślisz, o co się modlą ludzie niemi i nie słyszący, co mi obiecują jeśli ich uzdrowię, jak będą dziękowali? Pomyślałem, modlą się o sprawny słuch, o możliwość mówienia. I w podzięce obiecują Tobie, że będą wychwalali Boga śpiewem na każdej Mszy świętej, Boże. I zaraz dane było mi zrozumienie. Ja mówię, ja słyszę, mam to wszystko od Boga i Jemu za to nie dziękuję, nie wychwalam go śpiewem na Mszy, nie używam tego daru. Od tej chwili śpiewam. Taka wydawałaby się drobna rzecz, a jest dla Boga ważna i miła. Podobnie jest z darem chodzenia, mamy nogi, a Bogu za nie dziękujemy. Każdego ranka przecież stawiamy nogę na podłodze jak wstajemy z łóżka. Czasem nie chce nam się iść, na spacer, do kościoła, procesję, pielgrzymkę. Człowiek uzdrowiony z kalectwa pewnie rano wielbiłby Boga, że może chodzić, po uzdrowieniu biegłby na Mszę. A my mam te wszystkie dary, są dla nas tak oczywiste, że aż nie zauważalne i zanie nie dziękujemy. Nie dziękujemy za wiele oczywistych, wydawałoby się nam rzeczy.
Teraz, mój bracie/siostro na najbliższej Mszy, nie denerwuj się, że jakaś Pani w kościele śpiewając fałszuje, dziękuj Bogu, że masz dobry słuch i słyszysz ten fałszywy ton. Nie narzekaj, że masz tyle pracy w domu, tyle do zmywania naczyń, tylko dziękuj Bogu, to znaczy, że Twoi bliscy są niedaleko. Nie narzekaj, że masz dużo do prasowania, tylko dziękuj, to znaczy, że masz dla kogo prasować. Nie narzekaj za rachunek za czynsz, tylko dziękuj, znaczy że masz gdzie mieszkać. Zastanów się czasem, które myśli są Tobie bliższe, daru czy braku. Dla człowieka, który chce być blisko Boga wszystko będzie darem (nawet choroba) za który należy dziękować. Natomiast osoba będąca daleko od Niego, będzie stale narzekać, że coś jej brakuje (zdrowia, pieniędzy, urody, talentu, szczęścia).
Pojawiła się także u mnie, wola mówienia prawdy i troska o wypowiadane słowa, aby nie pojawiło się pośród nich kłamstwo. Chrześcijaństwo przestaje być nudne, nijakie, jeśli zaczniemy mówić prawdę, prawdę z miłością do drugiego człowieka. Spróbujcie, zobaczycie, co wtedy się dzieje: zły się wścieka, ludzie zaczynają cię obrażać, wyzywać od nawiedzonych wariatów, katoli, itd.
Zostałem też uwolniony od pornografii, od chęci posiadania rzeczy, kupowania, uwolniony od marzeń o posiadaniu czegoś materialnego, w ogóle uwolniony od samych marzeń, jako takich. Pojawił się niesamowity głód słowa Bożego. Do dziś trudno mi przeżyć jeden dzień bez Pisma Świętego i rekolekcji, kazań wysłuchanych w internecie. Tęsknota za Jezusem. Chęć wykonywania każdej czynności z Jezusem. Nawet małej, typu – przekopanie ogródka. Przypominanie odczucia Jego miłości i tęsknota za Nim. Dar częstej spowiedzi. Częsta spowiedź zapobiega zatwardziałości serca. Widać swoje grzechy. Przed nawróceniem nie byłem u prawdziwej spowiedzi jakieś 30 lat i uważałem, że ja nie mam grzechów, najwyżej drobne wady, ale inni mają gorsze. Pojawiło się wyczulenie na złe utwory muzyczne, teledyski, piosenki zawierające teksty okultystyczne, bluźniercze (mimo, że są śpiewane w niezrozumiałych dla mnie językach, to czuję, że niosą złe treści). Bardzo zaczęły mi się podobać piosenki religijne. Otrzymałem dar modlitwy. Modlitwa stała się dziękowaniem, a nie proszeniem. Bóg wie, co mi potrzeba i to otrzymam. Wystarczy tylko dziękować i Go kochać, prosić o miłosierdzie. Jeśli moja modlitwa jest prosząca, to raczej za innych niż za siebie. Kolejna łaska – to brak lęku przed śmiercią. A właściwie, to ja już do Ciebie, Panie, chcę, chcę bardzo. Oczywiście, proszę Boga, że jak zejdę z tego świata to tylko dla nieba. Poinformowałem rodzinę, aby w chwili mojej śmierci się cieszyli. Bo to powinna być radość, że ktoś po tylu latach na ziemi wreszcie wraca do domu. Domu Ojca.
Dał mi raz Pan usłyszeć słowa demona, a brzmiały one: Zniszczę cię, świnio. Jak tak o mnie myśli, to chwała Panu, gorzej jak by mnie miał za przyjaciela i kolegę. Bóg i demon, to nie ta liga. Bóg jest nieporównywalnie większy, a ja jestem Jego dzieckiem. Mam najsilniejszego Tatę na świecie i ty też.
Dał mi Pan, też łaskę nie nawracania kogoś na siłę, słowem. Kiedyś starałem się na nawracać „na siłę” innych (znajomych, rodzinę), myślałem, że tak trzeba. Kazać im chodzić do kościoła, kazać nie grzeszyć itd. Lecz tak w głębi serca, chciałem, aby mnie słuchali. Było to raczej: Ja wiem, że tak będzie dla nich lepiej, jak zrobią tak, jak ja mówię. A skąd ja wiem, że właśnie w tym momencie ich nawrócenie będzie dla nich dobre? Może mają coś jeszcze przeżyć, może Pan Bóg chce ich nawrócić w innym momencie. Nie jestem Bogiem i nie wiem, kiedy dla innych przyjdzie moment łaski nawrócenia: może za sekundę, może w godzinę śmierci, może już są zbawieni? Mogę się za innych modlić, za innych ofiarować się Bogu i swoim cichym przykładem mojego życia opowiadać tę historię, dawać świadectwo Jezusa i Jego miłości. A ilu się dzięki temu ludzi zbliży do Boga, dowiem się w niebie. Kiedyś to moja pycha chciała, abym to ja nawracał i abym to ja widział, ile to osób dzięki mnie się nawróciło. No i wtedy mógłbym powiedzieć Bogu: Widzisz, Panie, ilu to nawróciłem. Chwała mi, nie Tobie.
Kiedyś naliczyłem łask kilkanaście, a pewno było dużo więcej, o których istnieniu niedługo się przekonam. Do chwili tej spowiedzi słowo: „łaska” było dla mnie niezrozumiałe, martwe, wymyślone przez Kościół. Zresztą, łaska kojarzyła mi się negatywnie: dostać coś z łaski, zrobić komuś łaskę… To ja z łaski nic nie chciałem dostawać, chciałem na to sobie zasłużyć, zapracować. Teraz już wiem, czym jest łaska. Wiem, że jak Jezus daje, to daje to, co człowiekowi potrzeba i zawsze daje w nadmiarze. Jezus nie potrafi dawać mało!!! Dał za dużo wina, za dużo rozmnożył chleba, za dużo ryb. A przecież mógłby wyliczyć co do kromki, aby nie zostało ułomków. Tyle wina w wielkich stągwiach „po brzegi” aż się pewnie wylewało. Ryb mógł dać trochę mniej, aby się sieci nie rwały. Podobnie zrobił ze mną. Mógł dać tylko jedną łaskę, jedno uwolnienie, a cud Jego działania też bym zobaczył.
Przez kilka dni czułem przeogromną obecność, miłość Ducha Świętego, obecność Boga we mnie, do takiego stopnia, że po paru dniach pomyślałem. – Panie już dość, dość, stonuj miłość do mnie, nie mogę się skupić, pracować, myśleć o niczym innym, jak tylko o Tobie. Takie głupie słowa do Boga powiedziałem. Bóg, oczywiście, stonował odczucie Jego miłości do mnie w jednej sekundzie. A co dziwne, gdy to zrobił, zaraz zacząłem tęsknić do odczuwania tej miłości.
Kilka dni później wyraźny głos w myślach moich powiedział mi:
– Idź, przeproś księdza, z którego się wyśmiewałeś.
– Panie, o tym też wiesz? Zapytałem. Nie, nie pójdę. Jest mi wstyd iść do niego. Przecież on nie wie, że się z niego naśmiewałem i drwiłem. Nie było go przy tym.
– Idź, przeproś księdza. Kilkakrotnie Pan powiedział. Nie dawał mi spokoju. Głos ten słyszałem nawet w łazience. I tam właśnie znowu się zapierałem, że nie pójdę, nie chcę, nie umiem, słaby jestem, wstyd mi iść do prawie nieznajomego księdza i go przepraszać. Jezus bez słów, w myślach, w mojej głowie powiedział.
– Jakbyś wiedział, jak mi było wstyd, wisząc na krzyżu. Myślisz, że byłem ubrany? Otóż nie, byłem całkiem nagi. Wstydziłem się, ale zrobiłem to dla ciebie.
Wtedy powiedziałem: – Dobrze, jutro pójdę. Pomyślałem, tak mnie kochasz, że zrobię to dla Ciebie. Pomyślałem: czymże jest mój wstyd wobec Twojego.
Następnego dnia w pracy pojawiała się uporczywa Boża myśl: – Zadzwoń do księdza, sprawdź czy jest na parafii. Wzbraniałem się trochę, bo co ja mu powiem, jak zacznę rozmowę?
– Zadzwoń do księdza, sprawdź, czy jest na parafii. Nieustannie brzmiało w mojej głowie. Odszukałem numer w internecie. Dzwonię, nikt nie odbiera. Uff… w myślach powiedziałem.
– Sam widzisz, Jezu, chciałeś, dzwoniłem, nikt nie odbiera; zrobiłem, co chciałeś.
Jezus: – Wsiądź w auto i jedź do niego.
– Co w auto? Przecież księdza nie ma na parafii.
– Wsiądź w auto i jedź do niego.
Z niedowierzaniem w taką upartość Jezusa sprawdziłem na mapach w internecie, jak tam trafić i ruszyłem z myślą, że szkoda paliwa na takie wycieczki, bo paliwo takie drogie. Podczas jazdy samochodem Pan powiedział.
– Pamiętasz, z jaką łatwością kupiłeś ten samochód, bez żadnych wyrzeczeń, oszczędzania.
– Tak, faktycznie jakoś łatwo przyszedł, a tani nie był – przyznałem.
– To Ja to spowodowałem, abyś właśnie w tej chwili miał czym jechać do tego księdza, samochód ci zostawię potem do twojej dyspozycji. Teraz jedź.
Pomyślałem, że nawet nie podziękowałem Panu za to auto. Myślałem, że to ja sam sobie je kupiłem, bez Jego jakiegokolwiek udziału. Jadąc miałem myśl, zrobię, co mi Jezus mówi, ale przecież pewno i tak księdza nie zastanę i zaraz wrócę i po kłopocie. Kilkadziesiąt metrów przed domem księdza był kościół.
Jezus: – Idź do kościoła.
– Ale jak, Panie, kościół zamknięty, jest 10 rano. Podjechałem pod kościół. – Widzisz, Jezu, zamknięte, a nie mówiłem.
– Drzwi są przymknięte, ale naciśnij klamkę – powiedział.
Nacisnąłem, drzwi się otworzyły. W kościele było pusto. Zobaczyłem w głębi zsuniętego na kolana, modlącego się kapłana, do którego miałem przyjechać. Modlił się przed obrazem Jezusa Miłosiernego. Uklęknąłem w ostatniej ławce z nadzieją, że ksiądz zaraz skończy się modlić i będę mógł z nim porozmawiać. Prosiłem Maryję o odwagę do rozmowy. Czytałem napis na obrazie na okrągło: Jezu, ufam Tobie. Jezu, ufam Tobie... Mijały minuty. Spytałem się Jezusa:
– Jak mam zacząć rozmowę?
– Powiedz prawdę, że Ja cię przysłałem.
Pomyślałem drwiąco: tak powiem na wstępie nieznajomemu księdzu, że rozmawiam z Jezusem, to na pewno mnie wysłucha. Przydałoby się jakieś zagadanie o pogodzie, o zdrowiu, potem jakieś przejście na właściwy temat itp. A za chwilę pomyślałem, że skoro kapłan modli się do Jezusa i jest z Nim w „kontakcie”, to na pewno Jezus zaraz mu powie, że tu czekam i czym prędzej zakończy modlitwę i do mnie przyjdzie, znając już całą moją historię.
Mijały kolejne dziesiątki minut.
– Panie, on tyle się modli, już prawie godzinę, nie mam tyle czasu. Chciałeś, dzwoniłem, potem przyjechałem, a teraz czekam. Pójdę już sobie, przyjadę kiedy indziej, jak będzie mniej zajęty, nie będę mu przeszkadzał, muszę wracać do pracy.
Jezus: – Czekasz już prawie godzinę? Ile Ja na Ciebie czekałem?
Zrobiło mi się głupio. – Wiem, Panie, czekałeś 38 lat. Dziękuję i przepraszam. Czekam dalej.
Po około godzinie ksiądz zakończył modlitwy(choć nie jestem pewien, czy to czasem nie było 38 minut). Podszedłem z uśmiechem i drżeniem do księdza.
– Chciałbym z księdzem porozmawiać.
– A w jakiej sprawie?
– Jezus mnie przysłał. Odpowiedziałem radośnie. Nastała niezręczna cisza. Ksiądz mi się bliżej przypatrzył, na buty, na nogi, ubiór. Popatrzył w oczy.
– Czy Jezus, to się okaże. – odpowiedział.
– Jezus, ja wiem, że to On. Odparłem z pewnością i trochę obruszony. Oczekiwałem, że gdy tylko ksiądz mnie ujrzy i powiem, że przychodzę z polecenia Pana Jezusa, rozłoży ręce i będzie zachwycony moją osobą, prawie jakby ujrzał Boga, i że kto to do niego nie przyszedł – gość, do którego mówi sam Jezus, i w ogóle chwała mi. Ksiądz powiedział, że skoro Jezus mnie przysłał, to on zobaczy w kalendarzu, kiedy ma wolny termin na rozmowę, a że kalendarz ma w domu więc poszliśmy razem. Dopadło mnie kolejne rozczarowanie i wyrzuty, w myślach sobie powtarzałem: Jak to? To ja dzwonię, przyjeżdżam, , czekam na niego godzinę, chcę już teraz rozmawiać, pokazać swoje skrywane myśli, a on sprawdzi w kalendarzu?
Ksiądz ustalił termin spotkania na... za tydzień. Gdy przyszedł termin spotkania pojechałem już bez lęku czy niechęci. Z własnej woli. Opowiedziałem mu moją historię. A gdy chciałem go prosić o przebaczenie za obmawianie jego osoby, jeszcze nie skończyłem zdania, a on już kiwnął głową, że wybacza. Poprosił mnie, abym wstąpił do jakiejś wspólnoty, bo sam sobie ze swoimi przeżyciami mogę nie poradzić, a zły tak łatwo nie ustępuje, muszę być blisko innych katolików, księży, Kościoła. Na koniec rozmowy zaproponował, abym zabrał z jego kościoła wizytówkę strony o spotkaniach ewangelizacyjnych. W drodze powrotnej tak uczyniłem. Wizytówkę wrzuciłem do auta, choć chęci udawania się na jakiekolwiek rekolekcje wtedy nie miałem. Po kilku dniach Pan kazał zapisać się na rekolekcje. Zapisałem się, bo już wiedziałem, że i tak nie da mi spokoju (za co dziś dziękuję Bogu). Było cudownie. Adoracja, Eucharystia, spoczynek w Duchu Świętym, oczyszczający śmiech, dar języków, dziękczynienie. Kościół katolicki stał się dla mnie żywym Kościołem, w którym zawsze obecny jest Bóg z Jego darami.
Nie wiem, czy zauważyłeś/aś, że otrzymałem morze łask, nie w chwili cudu i objawienia się Jezusa, ale dopiero po spowiedzi (po 4 latach), dopiero kiedy ja do Niego przyszedłem, do konfesjonału.
Do Jezusa musisz przyjść. Podobnie jak większość ludzi uzdrowionych, opisywanych w Biblii. Ludzie przychodzili do Niego, Jezus kazał im podejść, pokazać swoje zranienia, choroby.
Chyba też, nie zauważyłeś/aś, że przed przyjściem Jezusa do mnie, ukazaniem się, nakrzyczałem na Niego, obwiniłem za moje życie, miałem same pretensje. I wtedy, pierwszy raz, w gniewie, żalu prawdziwie się przed Nim otworzyłem, pokazałem swoje krwawiące serce. Ktoś powie, jak to, tak do Boga można mówić, przecież Bóg jest święty, jest dobrocią, miłością? Powiem więcej, że nie tylko można, ale trzeba. Bóg sobie z naszymi słowami poradzi i będzie mu miło, że wreszcie się przednim otworzyłeś i powiedziałeś co myślisz, że wreszcie powiedziałeś do Niego prawdą serca. Bóg Ciebie zna. Wie, że głęboko w sercu nieraz nosisz skrywaną niechęć do Niego, jakiś żal, wyrzut np. że dziecko Tobie choruje (dlaczego Boże Ty jesteś Święty mogłeś temu zapobiec), albo ojciec Cię skrzywdził w dzieciństwie (gdzie byłeś wtedy Boże), albo że jesteś zamknięty, lękliwy, chory (dlaczego tego nie zmienisz, Wszechmogący), albo że urodziłeś się w biednej rodzinie (a mogłeś w jakiejś bogatej np. Szwajcarii), lub że świat źle urządził, tyle w nim zła. Oczywiście, tego otwarcie Bogu nie powiesz, bo myślisz, że się Bóg obrazi, że nie wypada. Ale jak się zdecydujesz, tak otworzyć i powiesz, a nawet wykrzyczysz Bogu co myślisz, co Cię boli, to On stwierdzi, ku Twojemu zdziwieniu „dziecko pierwszy raz szczerze, zemną rozmawiasz. Tyle lat na to czekałem. Czekałem na Ciebie, na jedno uderzenie Twojego serca do Mnie, na szczerość, a nie na to co powinieneś mówić, co wypadałoby Mi powiedzieć. Ty jesteś ważna/ważny, Twoje serce, a nie tylko regułki modlitewne, wiersze na Moją cześć, przedstawienia”.
Zobacz jak Mojeżesz kłócił się z Panem Bogiem, jak nie chciał iść do Faraona, jak się zapierał. Zobacz jak bił się z Bogiem Jakubem (Izreal), aby Bóg mu pobłogosławił. Zobacz Jeremiasza, co mówił, jak miał dość służby dla Pana Boga. Bóg, wcale się za to na nich nie obraził.
Bóg poradzi sobie z Twoim gniewem, natomiast to, że nie przychodzisz do Niego na szczerą rozmowę sprawia Jemu smutek, bo oddala Cię od Niego.
Jeśli myślisz, że przez moje doświadczenia Boga przestałem grzeszyć, to się mylisz. Ale teraz w oczekiwaniu na spowiedź grzech nie może mnie zamknąć tak, abym nie mógł czynić dobra. Może grzechów jest trochę mniej, ale jak się trafią, nie odwlekam teraz spowiedzi, nie staram się patrzeć na grzechy i rozpamiętywać, pewnie będę grzeszył do końca życia. Z tą różnicą, że teraz, jak mam zgrzeszyć, widzę Jego ogromną miłość do mnie i właśnie dlatego, że mnie tak kocha, to ja nie chcę grzeszyć. Teraz mam dla Kogo nie grzeszyć. Chcę być świętym. A świętym się nie jest tylko dlatego, że się nie grzeszy, ale dlatego, że się często przystępuje do sakramentu pojednania. Oczywiście, nie jest to zachęta do grzeszenia (nie czekaj, aż będziesz święty, bezgrzeszny i dopiero wtedy pomyślisz, że się nadajesz dla Boga. On nas zbawił, kiedy byliśmy jeszcze grzesznikami – jak mówi Biblia). Ważne jest dla mnie teraz to, że kocham Jezusa. Jestem grzesznikiem, ale dla Jezusa chcę zrobić wszystko, chcę być z Nim na wieki, w niebie, On tak nas kocha...
Jeśli upadnę, prędko pójdę do konfesjonału z prośbą: Ojcze, przepraszam, chcę wrócić, wybacz, chcę się poprawić.
Wiem, że jest to dopiero początek drogi. Ale drogi najpiękniejszej na świecie, bo wiem, że gdziekolwiek bym nie poszedł, cokolwiek bym nie zrobił, JEZUS zawsze będzie mnie kochał miłością bezgraniczną, za nic.
Jeśli myślisz, że dzięki powyższym wydarzeniom zły duch przestał mnie kusić, to też jesteś w błędzie. Teraz pokusy dopiero się zaczęły, a przez lata nie odczuwałem jego obecności. Nieraz w moich myślach, zły chciał i chce, abym przestał głosić to świadectwo, chce mnie zatrzymać, nie chce on abym szedł dalej, abym głosił miłość i miłosierdzie Jezusa. Wiem, że jak tylko się zatrzymam, zaraz dopadnie mnie grzech (podobnie jak Dawida, który nie wyruszył na wojnę). Po napisaniu tego świadectwa, pragnę wypełniać dalej nowe zadania, które postawi na mojej drodze Jezus. Bóg jest z nami, któż przeciwko Nam.
Jezus daje też czasem poczuć mi, że jest ze mną. Są to chwile szczególnie radosne. Ostatnio wieczorem słuchałem kazań (aplikacja w telefonie). Rano alarm ustawiony w komórce budzi mnie do pracy. Budzę się zaspany, a tu zaskoczenie, gdy przy wyłączaniu alarmu w telefonie włączyło się kazanie i padły tylko te słowa:
– Tyś jest mój syn umiłowany. Szczęście wlało się do mojego serca i uśmiech zagościł na mojej twarzy na kolejne dni. Teraz te słowa, są ze mną na co dzień. Nawet jak robię sobie śniadanie to mówię: Dzięki Ci, Panie, teraz Twój syn umiłowany będzie jadł kanapkę. Chcę być z moim Ojcem w codzienności.
Innym razem prosiłem Boga w myślach, aby nadał mi „nowe imię”, zmienił imię, które powinien nadać chłopcu jego ziemski tata, gdy chłopiec staje się mężczyzną. Mnie, niestety, nie nadał. Minęło parę dni. O modlitwie zapomniałem. Niedzielny ranek. Dzwonek do drzwi. W drzwiach dwie kobiety. A jedna się pyta.
– Czy w tym domu jest ktoś, kto nie ma imienia? Poczujcie smak sytuacji. Nikt normalny, odwiedzając obcy dom, takiego pytania nigdy nie zadaje. Żona zaskoczona takim pytaniem, odpowiedziała, że nie mamy czasu, bo idziemy do kościoła. A w mojej głowie później się pojawiło: O Boże, jesteśmy tym, jakie są nasze czynności, rozmowy, myśli, czym się zajmujemy. Kościół jest apostolski, ja idę do kościoła, ja mam na imię Christos (Chrystus) i phero (nieść). Oznacza: niosący (w sobie), wyznający Chrystusa. Ja jednak miałem imię. Boże imię. W moim imieniu jest mój Pan, a ja w nim. Tata lubi tak z zaskoczenia i niespodziewanie nas obdarowywać. Fajnie. Będę niósł Chrystusa.
Pozwolę sobie na parę rad, mój umiłowany w Chrystusie bracie/siostro.
Nie piszę ich, bo jestem mądrzejszy od Ciebie, ale po prostu, jeśli bym ja te rady wcześniej usłyszał, na pewno moja droga do Boga byłaby krótsza. Wiem, że do każdej osoby tak Jezus mówi: Tyś jest mój syn (córka) umiłowany. Aby to usłyszeć pomoże tylko i aż oddanie swojego życia Jezusowi. Jeśli nie słyszysz Jezusa, Jego głosu, zachęcam, pomódl się krótko każdego dnia, ale wytrwale: Panie, chcę słyszeć Twój głos”. Jeśli nie czułeś nigdy Jego miłości, wydaje Ci się, że Jego nie ma. Pomódl się krótko: Panie, daj mi poczuć, jak mnie kochasz. Pokaż mi, proszę. Jezus tylko na to czeka, choć na jedną szczerą krótką modlitwę. Oczywiście, jeśli modlitwa nie „zadziała”, to kolejny i kolejny dzień módl się tak samo. Pan Jezus nieraz chce sprawdzić, czy tego chcesz na pewno i jak bardzo chcesz.
Często chodzimy do kościoła z myślą,” widzisz Jezu przyszedłem do Ciebie. Cieszysz się? Poświęciłem swój czas dla Ciebie”. Otóż, moi drodzy, Bogu nie jesteśmy do szczęścia potrzebni. Bóg jest pełnią szczęścia, oglądając swojego Syna w obecności i miłości Ducha Świętego jest w pełni szczęśliwy. Myślimy, jak to przecież Jezus umarł za mnie, dla mnie, na krzyżu? Otóż wszystko, co Jezus uczynił, uczynił przede wszystkim, aby świat zobaczył jak Syn kocha Ojca. To nasza pycha nam podpowiada, że to dla mnie, że mi, że ja jestem najważniejszy w tym kościele. Przychodzimy do kościoła, aby nasycić się miłością (zaczerpnąć, przytulić się do niej) jaką Syn ma do Ojca, a Ojciec do Syna. Dopiero kiedy uświadomimy sobie, że najważniejszą relacją na Mszy świętej, nie jest relacja wierni-Bóg, ale relacja na ołtarzu Jezus -Bóg Ojciec, jak Syn ofiarowuje siebie Ojcu, będziemy mogli właściwie zrozumieć swoje miejsce w kościele.
Pamiętaj, nie świętość nas przyprowadza do Kościoła, ale grzeszność, nasza bieda. Często można usłyszeć: Jesteś taki święty, bo chodzisz do kościoła. Nie, nie jesteś święty. To nasze grzechy i świadomość, że jesteśmy słabi, marni, że od Boga wszystko zależy, że pragniemy nasycić się Jego miłością, tam nas zaprowadzają.
Jeśli chodzisz do kościoła, bądź w nim naprawdę myślami i duszą, a nie tylko ciałem. Myśl tam tylko o Bogu, nie o sobie. Ja też myślałem kiedyś o sobie: czego potrzebuję, co mi Bóg mógłby dać, a jeśli nie dał, ponawiałem modlitwy na następnej Mszy. Ja byłem najważniejszy, nie Bóg. Nieraz kościół jest pełen ludzi, a dla Boga (ze słowami w sercu: bądź wola Twoja) przyszło może tak naprawdę 5, 6 osób. Dużo osób przychodzi raczej z: bądź wola moja, czyli zrób to, co ja chcę, jestem tu po to, abyś spełnił moje prośby.
Komunia daje życie wieczne w niebie, wszyscy to wiemy. Dlaczego nie chodzisz co niedziela do Komunii? Hmm… Może to być twoja ostatnia niedziela. Nawet nie wiesz, ile dusz czyśćcowych, chciałoby przyjść na tę jedną sekundę na ziemię. Jeśli będziesz pamiętał o tych duszach, przyjmij czasem za nie tę Komunię. Radość ich i pomoc w modlitwach do Boga będzie przeogromna. Nie traktujmy Boga w naszych modlitwach jak supermarketu, darmowego sklepu, daj mi to, daj mi tamto; nie przekonujmy Boga, że opłaca Mu się coś nam dać. Nie traktujmy Boga jako kogoś trochę mądrzejszego od nas, kogoś komu trzeba wyklarować nasze prośby. Zanim o coś poprosisz, będziesz narzekał na swój los, popatrz na krzyż. Popatrz, jak cierpiał, jak umierał Bóg. Często wycofasz się ze swojego narzekania. Jeśli Bóg jest Twoim Bogiem, zaufaj Mu do końca i oddaj Jemu swoje życie. Skocz z góry w nieznaną przepaść bez zabezpieczających lin i nie myśl, co będzie, że może Go tam nie ma, a On cię złapie i poprowadzi do siebie. Jeśli myślisz, że się dla Boga nie nadajesz, to właśnie się nadajesz bardzo (zob. Szymon = Święty Piotr, Szaweł = św.Paweł)
Pan dał mi zrozumieć trochę czym jest miłość. Miłość to nie uczucie, a decyzja, że będę Ciebie kochał, połączona z otwartością, odpowiedzialnością i służbą. Często myślałem, że miłość to wtedy jak mi jest przyjemnie, jestem szczęśliwie zakochany, jest fajnie. Nic bardziej mylnego, ani przyjemnie, ani miło, nie było Jezusowi na krzyżu, a miał i ma największą na świecie miłość do nas i swojego Ojca. Jeśli jesteś chrześcijaninem, pamiętaj, że miłość to pragnienie nieba dla drugiego człowieka, a nie miłe uczucie zakochania i fascynacji. Starajmy się z każdym dniem być bardziej podobni do Chrystusa, służmy swoim życiem innym ludziom.
Cokolwiek uczyniliście drugiemu człowiekowi Mnie uczyniliście. Powiedział Jezus. Nie, tak jakbyście Mnie uczynili, ale Mnie, czyli bezpośrednio Jezusowi.
Wiem, że szatan kusi często do dobrego. Tak nie pomyliłem się, do dobrego. Cóż było złego w tym, że kusił mnie, aby mnie się w życiu dobrze powodziło, abym nie chciał być świętym, bo to trudna droga? Cóż było złego, że Jezusa kusił, aby zamienił kamienie w chleb? Przecież głodni wtedy żyjący, by się najedli. Cóż jest złego, że mąż pragnie kochać, zostawia żonę, bo znalazł nową miłość, a Jezus kazał miłować? Cóż jest złego w piciu dużej ilości wina, alkoholu, przecież, Pan sam wodę w wino zamienił? Cóż jest złego w tym, że szatan mówi Tobie, że jesteś silny, mądry, pracowity, sam o siebie najlepiej się zatroszczysz, a na modlitwy i kościół przyjdzie czas na starość? Kusi niezauważenie, do dobrego, na przykład, że rodzina jest najważniejsza, i sporo katolików daje się na to nabrać, mówiąc, tak rodzina jest najważniejsza, no przecież to jest dobre. Zapominając, że Bóg jest najważniejszy. Jeśli Bóg będzie na pierwszym miejscu, wszystko inne będzie na właściwym miejscu.
Kusi do dobrego używając słowa „tolerancja”. Dla katolika, albo coś jest złe, albo dobre. Jeśli dobre trzeba się przyłączyć i popierać działanie, rozpowszechniać, a jeśli złe, zamieniać je w dobro. Tolerancja, to zamaskowane „nic mnie nie obchodzisz, „róbta co chceta”, wcale mnie nie interesujesz, to Twoje życie ”, a to nie jest Ewangelia.
Pamiętajmy też, że zły przychodzi najczęściej w postaci „naszych” myśli ( i w tej postaci jest dosyć trudno go zdemaskować), Ty myślisz, że to Ty myślisz, a to on w Twojej głowie myśli za Ciebie.
Oczywiście, arsenał kuszenia ma różnoraki, może przyjść w postaci osobowej, ale wtedy wie, że jest na straconej pozycji, bo będziesz się więcej modlił, zasięgniesz porady egzorcysty itp. Może też przyjść w postaci anioła światłości, lub postaciami świętych. Ważne wtedy jest rozeznanie np. podczas modlitwy, rozmowy z księdzem, no i oczywiście po „owocach”, jakie to spotkanie przynosi.
Szatan planuje Twój upadek, nie tylko w obecnej chwili, abyś teraz zatracił się w grzechu. On planuje Twój upadek i swoje zwycięstwo za kilka, kilkadziesiąt lat. Na przykład dzisiaj tylko drink dla towarzystwa (cóż złego?), a widzi Ciebie za trzydzieści lat, opuszczonego, złodzieja, pijącego denaturat w parku. Dzisiaj tylko jeden papieros, a za 40 lat Twój przedwczesny zgon. Dzisiaj tylko jedna kłótnia z żoną, a dziecko to słyszy, przeżywa i zaniesie nieświadomie to złe doświadczenie, ból, nawyk, do swojej przyszłej rodziny. Dzisiaj aborcja, bo trudna sytuacja materialna, a depresja wywołana tym faktem, brak chęci do życia dopadnie Cię za 20 lat. Ważne jest, abyś pamiętał, że on bardzo często, myśli w głowie za Ciebie, a Ty myślisz, że to są Twoje myśli. Czasem można też rozpoznać, że kłótnią, rozmową, kieruje zły, szczególnie jeśli używasz słów : zawsze, nigdy, zrobiłem wszystko np. Ja zawsze chciałam dla Ciebie dobra (to jest kłamstwo). Ty nigdy nie chciałeś mojego dobra (skąd wiesz?, to jest kłamstwo). Zrobiłem dla Ciebie wszystko (nikt nigdy z nas, nie zrobił dla drugiego człowieka wszystkiego). Wiedz, że wtedy szatan kieruje rozmową.
Często takie myśli, czy pokusę można odgonić wzywając imienia Jezus, powtarzając Jezu Kocham Cię, Jezu Kocham Twoje Serce, Jezu zmiłuj się nade mną itp. Wtedy zły spostrzeże, że kiedykolwiek by Cię nie kusił, Ty zawsze wzywasz imienia Pana i jesteś bliżej Boga. A kuszenie wywołuje odwrotny skutek niż zamierzony przez niego, bo im więcej Ciebie kusi Ty się więcej modlisz, i odstąpi, aż do czasu.
Pamiętaj, że musisz zetrzeć się ze złem, ze strachem (strach, kłamstwo i wstyd są klasycznymi pociskami złego) walczyć, a nie uciekać. Chrześcijaństwo nie jest to schronienie się w przytulnym, bezpiecznym kościele, wspólnocie. Chrześcijaństwo jest nieustanna walką, ruchem do przodu, a Biblia księga wojenną. Izraelici mieli bardzo nie daleko do Ziemi Obiecanej, ale przestraszyli się walki, zwątpili, że Bóg im pomoże. I 40 lat kręcili się w koło góry, na pustyni.
Niekiedy w naszym życiu powtarzają się te same grzechy, bo być może nie stoczyliśmy walki, wystraszyliśmy się, nie wyruszyliśmy na wojnę w imię Boga Zastępów. I dlatego „kręcimy się w kółko”, nic się nie polepsza Nasza sytuacja duchowa. Bóg jest naszym wodzem, generałem, a my żołnierzami walczącymi w imię Pana i dla Jego chwały. Musimy być blisko Niego, aby mieć stały kontakt z wodzem, a On nas poprowadzi do boju i zapewni zwycięstwo.
Przypomnij sobie, może kiedyś się czegoś wystraszyłeś, może czułeś, że się powinieneś odezwać w obronie Boga, ale stchórzyłeś, może miałeś przeprowadzić z kimś trudną rozmowę, ale ogarnął Cię lęk, może miałeś podnieść upitego człowieka leżącego na ulicy, ale było Ci wstyd. Bóg pewnie spowoduje, że podobna sytuacja się zdarzy w Twoim życiu kolejny raz, wtedy walcz. Bo inaczej będziesz się kręcił w koło„góry” ze swoimi grzechami, jak Izraelici.
Odwaga to nie wtedy, kiedy się nie boisz i coś robisz, ale wtedy kiedy się boisz, ale robisz to, co do Ciebie należy. Jezus się bał, bardzo się bał, męki, śmierci, widoku jak jego własne, ukochane dzieci, przybijają Go do krzyża. Nie wstydził się bać, ale poszedł na wojnę z całym piekłem, dla Ojca, dla naszego zbawienia.
Jeśli masz podjąć jakąś decyzję, a nie wiesz, którą drogę wybrać, nie rozmyślaj, nie analizuj, poproś Ducha Świętego o odpowiedź, a On Cię poprowadzi. Często nie wiemy, o co i jak się modlić. Jeśli nie czujesz łaski modlenia się w Duchu Świętym językami (wtedy modlisz się w dziwnym nieznanym Tobie języku, nie rozumiesz słów i sensu modlitwy), poproś Maryję, aby pomodliła się przed Bożym tronem za Ciebie. Ona wie, czego Ci potrzeba i o co ma się modlić. Z całego serca Bogu zaufaj, nie polegaj na swoim rozsądku (Księga przysłów 3, 5).
Pamiętajmy, że Jezus jest nie tylko w niebie, ale i tu i teraz przy Tobie. Poszedł do nieba, ale i jest tu. Choć ta sytuacja jest trudna dla mnie do rozumnego wyjaśnienia, dlatego nie wyjaśniam jej, tylko przyjmuje, że tak jest, bo jest. Zastanów się czasem, że BÓG też JEST CZŁOWIEKIEM. Zmartwychwstałym, uwielbionym Bogiem, ale też Człowiekiem. Stał się człowiekiem i nigdy nim nie przestał być.
Dziękujcie zawsze za wszystko Bogu Ojcu w imię Pana naszego Jezusa Chrystusa!” (5, 20). W każdym położeniu dziękujcie Bogu (1 Tes 5, 18). Za wszystko zawsze dziękujcie Bogu. Czy dziękujesz też za to, co po ludzku wydaje się Tobie niechciane w Twoim życiu?
Od jakiegoś czasu Jezus chce, abym dawał świadectwo (oczywiście, też się opierałem, że nie potrafię, nie chcę, nie umiem, nie mam odwagi) i po co, przecież tyle jest filmów w internecie, kazań, audycji itp. Niedawno w kościele otrzymałem odpowiedź, jakby ktoś mi w głowie powiedział - A pomyślałeś choćby o ludziach nie słyszących. Ludziach do których nie przemawia film, ale pismo, ludziach starszych? I znowu Pan dał mi lekcję, jak blisko moje myśli biegną.
Bóg powiedział, że moje doświadczenie Boga nie zostało dane tylko dla mnie, opisałem je dla wszystkich, jak kazał Pan. Na pewno to nie koniec mojej drogi świadczenia o Jezusie, bo wiem, że Pan chce, abym głosił że Jest, wychwalał Jego miłość więcej i więcej, abym szedł dalej w imię Boga Zastępów .
Kiedyś przepraszałem Jezusa, że rozmawiam z Nim jak z kolegą, tatą, przyjacielem. Myślałem, że to niestosowne, nie wypada, bo Bóg jest przecież wielki, potężny (i to prawda), a ja, mały człowiek, zadaję Jemu jeszcze pytania. Poczułem Jego uśmiech i że taka właśnie powinna być teraz moja relacja.
Nie bój się Boga (często zły wciska nam tę myśl). Bóg jest Miłością. Kocha bez względu na to, co zrobiłeś lub czego nie zrobiłeś. Choćbyś był największym grzesznikiem na ziemi. Na miłość Boga nie musisz zasłużyć!!! Wbijmy to sobie do naszych głów. Bóg jest wszechmogący, ale pewnych rzeczy nie może, np. nie może nie kochać, przestać kochać człowieka.
Kiedyś zapytałem się Pana Jezusa:
– Dlaczego mój ojciec pił? Przecież się modliłem, by przestał.
– Modlitwy były słyszane, nie były wysłuchane, bo Bóg dał człowiekowi wolną wolę i zabrać jej nie może, bo sam Bóg się tego zrzekł.
Pomyślałem, że gdyby tata przestał pić dzięki moim modlitwom, byłoby to równoznaczne z odebraniem jemu jego wolnej woli, a to stać się nie mogło. Zrozumiałem, że przyczyną picia był brak miłości ludzkiej względem jego osoby, osób dorosłych, otoczenia. Ludzie nie nauczyli go miłości, nie pokazali mu miłości, nie pomogli we właściwy sposób. Tak wiec, jeśli ktoś pije, my też jesteśmy temu winni, a tak łatwo umywamy ręce (jak Piłat). Dzięki mojemu tacie poczułem, że każde zło Bóg przemienia w dobro. W tej sytuacji takie doświadczenie potrzebne było także mi w dalszym życiu. Dzięki niemu, nie potępiam alkoholików, a widzę w nich ludzi, którym inni ludzie nie okazali miłości w dostateczny sposób, także ja. Wiem, że są tak samo kochani przez Boga jak ja. Wiem, że czasu spędzonego przez rodzica z dzieckiem nie da się niczym zastąpić. Wiem, że dzieci pragną ojcowskiej opieki, przytulenia. Wiem, że ojciec wychowuje, uczy dziecko przykładem, miłością, jak Chrystus, a nie karaniem i „twardą ręką”. Wiem, że jeśli ojciec się nawróci pociągnie do Chrystusa większość rodziny. Wiem, że dla dziecka ważny jest widok klęczącego, modlącego się silnego ojca, wtedy dziecko nabiera pewności, że skoro kochany, silny ojciec klęczy przed Bogiem, to Bóg musi być jeszcze silniejszy i lepszy od ziemskiego ojca. Wiem, że ziemski ojciec powinien dla swojego dziecka robić czasem „cuda”, rzeczy z których dziecko będzie dumne, szczęśliwe, zachwycone, wiedząc że tata zrobił coś niemożliwego dla niego. Widzi, że tata go kocha. Wtedy z większa łatwością i pewnością uwierzy, że Bóg robi prawdziwe cuda, jeszcze większe niż potrafił tata. Wiem, że człowiek bez Boga sam sobie nie poradzi. Wiem, że ojciec jest bardzo ważny dla dziecka i cokolwiek by się w rodzinie nie działo, nie może dziecka zostawić, odejść, zapomnieć. Wiem, że mnie kochał, jak umiał. Wiem, że bez niego i mnie na świecie by nie było( było by zawsze jedno wolne, puste miejsce we wszechświecie, moje miejsce). Nie byłoby też tego świadectwa, które czytasz. I dziękuję teraz Bogu za mojego ziemskiego ojca i że jestem na świecie razem z wami, i że będziemy razem żyli wiecznie.
Pytajcie się Pana, a wam też odpowie. On Jest Prawdą. Masz kłopoty z ojcem, matką? Zapytaj się np.: Panie, powiedz mi, dlaczego mój ojciec jest taki? Masz kłopoty ze zdrowiem? Powiedz: Panie, proszę, wyjaśnij, dlaczego tak jest? I w ciszy wysłuchaj odpowiedzi.
Bo kogo masz się pytać, jak nie kochającego Boga, który Cię stworzył, o Ciebie się troszczy, oddał życie, abyś Ty żył. Od Niego wszystko zależy i On wszystko wie!!! Przy czekaniu na odpowiedź słuchaj, co mówią ludzie. Bóg często mówi przez ludzi. Mógłby inaczej, ale akurat taki sposób sobie wymyślił i już.
Bóg często nie robi w naszym życiu spektakularnych cudów, aby nas nie „kupić”, właśnie za te cuda. Mógłby przecież dziś spowodować, że o godzinie 14:00 w kościele pieniądze z pod sufitu lecą na posadzkę, i co? Kościoły byłyby pełne, jestem pewien. Każdy by dziękował i prosił o jeszcze. Mógłby też sprowadzić kataklizm na Twoje miasto, nieuleczalną chorobę. I co? Kościoły byłyby pełne ludzi proszących o ratunek. Bóg chce, abyś przyszedł do Niego w wolności swojej. Nie dla tego, że Ci coś dał. Nie ze strachu. Pomyślałby: Przyszliście, bo wam zapłaciłem, a to nie jest miłość.
Pamiętaj. Jesteś dla Boga ważny!!! Dla Boga nie ma dzieci niechcianych (choćby ziemscy rodzice nawet Ciebie kiedyś nie planowali, nie chcieli, zostawili). Każdy jest chciany i kochany. Oddał swojego Syna na śmierć, abyś Ty mógł żyć wiecznie w niebie.
Pamiętaj. Bóg nie każe!!! Najwyżej spełni Twoje prośby i modlitwy, ale nie chce karać. Bóg błaga ludzi, aby nie szli do piekła. Choć to szokujące, ludzie sami wybierają piekło, nie chcą Boga, Jego miłości, miłosierdzia. Podobnie jak dziecku za karę przez 10 minut nie da się zjeść ciastka, bo było niegrzeczne, a po minięciu kary mówi się, masz już, zjedz, nie gniewam się na ciebie, kocham cię, a ono mówi: „nie chcę”, mimo że chce bardzo, ale woli cierpieć, bo duma, pycha, złość mu nie pozwala się ukorzyć.
Uważaj, o co prosisz Boga, bo przecież Ty jako człowiek nie wiesz czy to, o co prosisz, będzie w przyszłości dla Ciebie dobre (choć wydaje Ci się, że wiesz). A jeśli będzie złe? Odbierzesz to jako Boską karę? A przecież sam o to prosiłeś. Bóg z wielkiej miłości do nas czasem nie spełnia naszych próśb, bo widzi ich konsekwencje w przyszłości. Wyobraź sobie, co by było gdyby Bóg spełniał wszystkie nasze prośby, które do Niego zanosiliśmy. Gdzie byśmy teraz byli? Jeśli w ogóle byśmy jeszcze żyli. Może bylibyśmy na własnej wyspie w ciepłych krajach, obrzydliwie bogaci, zepsuci, nie cieszący się z niczego, nikogo nie potrzebujący (kościoła także), duchowe karły. Boga tylko potrzebujący, aby nam błogosławił i dał zdrowie i długie życie w dostatku, a do innych spraw niech się nie wtrąca.
Wiem, że w głębi serca nieraz skrywamy myśl, że Bóg nie jest tak do końca dla nas dobry, choć tego głośno nie mówimy i obwiniamy Go za wiele rzeczy. Bóg czasem nie daje czegoś, o co prosimy dla naszego dobra. My się buntujemy, bo nie widzimy skutków, jakie mogą nastąpić. Podobnie jak dwuletnie dziecko, które matka prowadzi na pobieranie krwi, jest złe na mamę, że przyprowadziła je tu, że je kłują, boli, krew ściągają. Ale matka wie, że bez badań krwi nie będzie można wyleczyć je z poważnej choroby (choć pobieranie krwi nie jest przyjemne), na którą dziecko może umrzeć. To jest wyraz miłości, troski, opieki matki nad dzieckiem. Dziecko o tym nie wie i wydaje się jemu, że mama robi źle.
Jeśli nie przebaczyłeś komuś: sobie, drugiemu człowiekowi czy też Bogu, uważaj na słowa: odpuść nam nasze winy, jak i my odpuszczamy naszym winowajcom, bo Bóg może wysłuchać modlitwy... I wtedy masz problem.
Wszystko, co opisałem, wydarzyło się naprawdę. Nich cię Bóg prowadzi.

Krzysztof, syn umiłowany

_________________
https://www.youtube.com/watch?v=a-ILH-mfUx8


Pt lip 04, 2014 4:14 pm
Zobacz profil
Niesamowity Gaduła
Niesamowity Gaduła

Dołączył(a): N maja 11, 2014 2:01 am
Posty: 1870
Płeć: mężczyzna
wyznanie: chrześcijanin, inne (trynitarny i biblijny)
Odpowiedz z cytatem
Post Re: Bóg przyszedł do mnie
Niech Bóg będzie uwielbiony za łaski jakie Ci dał. A teraz, zejdźmy na ziemię. I bądź łaskawy uważnie przeczytać, co mam Ci do powiedzenia.
Równie uważnie, jak ja przeczytałem Twoje świadectwo.

Dlaczego tak pisze? Otóż byłem w sytuacji podobnej do Ciebie Krzysztofie i piszę to co piszę, żeby Cię ostrzec:

"Gdy duch nieczysty opuści człowieka, błąka się po miejscach bezwodnych, szukając spoczynku. A gdy go nie znajduje, mówi: "Wrócę do swego domu, skąd wyszedłem". Przychodzi i zastaje go wymiecionym i przyozdobionym. Wtedy idzie i bierze siedem innych duchów złośliwszych niż on sam; wchodzą i mieszkają tam. I stan późniejszy owego człowieka staje się gorszy niż poprzedni." Łk 11, 24-25

Teraz być może jesteś bardzo gorliwy i wręcz płoniesz. Natomiast zaklinam Cie uważaj by światło, które jest w Tobie nie stało się ciemnością.

I mnie się Chrystus objawił. Pokazał mi Miłość i rozkosz ponad wszelkie ludzkie wyobrażenie przyjemność tak ogromną, że niemal mnie zabiła, ach jak wtedy pragnąłem odejść do Niego. Moc siła i wiedza ponad jakiekolwiek ludzkie zrozumienie. I coś ukrytego... Coś czego wtedy nie rozumiałem. To był gniew. Za to, czego miałem się dopuścić. Cichy i subtelnie powstrzymywany.

Pewnego dnia przyszedł czas próby, straciłem wszystko na czym mi zależało, wszystko co kochałem. A Bóg... Po prostu milczał, jak nigdy wcześniej zwyczajnie milczał. Odszedł i ulotnił się. Wystawił mnie na próbę, żeby sprawdzić czy naprawdę go kocham, tak jak deklarowałem.

To, co się działo potem, gdy spojrzę na to z dzisiejszej perspektywy to nie mogę uwierzyć, że zło, którego się dopuściłem było rzeczywiście moim "dziełem". Kilka osób omal nie straciło przeze mnie życia, rodzinę doprowadziłem do ruiny, wyłem niczym potępieniec z bólu, rozpaczy i nienawiści. Napady szału i wściekłości, ataki na ludzi, zwierzęta, rzeczy nawet. I w tym Bóg wysłuchał mojej prośby, a prosiłem Go:
"Boże doświadczyłem już nieba, a teraz pozwól mi doświadczyć piekła"
I tak też się czułem. Nienawiść do Boga i ludzi wzmagała się z każdym dniem, doznałem obłędu i przeszkody we wszystkim co czyniłem. Kiedy nastał poranek modliłem się by już był wieczór, a kiedy nastał wieczór modliłem się żeby nastał poranek. Tym mękom nie było końca. Dnie zamieniały się tygodnie, tygodnie w miesiące, a miesiące w lata. Zacząłem się uspokajać, kiedy omal nie straciłem życia z przedawkowania.

A tak kochałem Boga i byłem gotowy zrobić dla Niego wszystko. Ktoś może powiedzieć: wcale nie byłeś, skoro od Niego odszedłeś. Owszem byłem. I sam Chrystus wie to najlepiej.

Jakiś czas temu, chyba miesiąc czy może dwa przed dniem dzisiejszym przemówił do mnie demon. Przemówił pięknym, melodyjnym, kobiecym głosem: Kiedy zdechniesz...

Chciał mi chyba powiedzieć, że zabierze mnie do siebie, czego nie chcę i nie zamierzam się wybierać do gehenny.

Uważaj Krzysztofie, bo może być tak, że całe Twoje życie się zawali niczym domek z kart, a Twoja wiara i miłość do Boga rozwieją się jak dym z papierosa. Ostrzegam Cię, żebyś wiedział, że tak może się stać. Hiob wytrzymał swoją próbę, ja swojej nie zniosłem.

Miałem wrażenie, że Chrystus powiedział do mnie: "Myślałeś, że cię tak zostawię? Ja nie odpuszczę." Modliłem się, płakałem, przepraszałem.
No, ale grzech ciągle we mnie kwitnie, a wyrwać tego plugastwa z korzeniami ze swojej duszy nie umiem. Zaiste jestem jego niewolnikiem, jak sam chciałem.

Nie chciałem Cię dołować, tylko ostrzec. W tamtym czasie diabeł atakował mnie z taką furią, że jest to niewypowiedziane w moich myślach, rękoma innych ludzi, dostał jakiejś wścieklizny i naprawdę nie rozumiem o co mu chodziło, że się tak na mnie uwziął. Nie widziałem w sobie niczego, co by go mogło tak rozwścieczyć, choć obecnie chyba wiem o co mu chodziło...
Szatan jest strasznie zawzięty, powiedziałbym nawet że szalony.
W każdym razie był to bardzo, bardzo ciężki czas dla mnie. Nie szło tego wytrzymać. Być może kiedyś się dowiem, po co to wszystko, a Tobie mówię - uważaj i stąpaj ostrożnie. Mnie zdradzili nawet najbliżsi. Także bądź ostrożny

"Bądźcie więc roztropni jak węże, a nieskazitelni jak gołębie!" Mt 10, 16

Cóż, cieszę się, że Cię Pan do siebie pociągnął. Bądź tak dobry i proś go bym się z nim spotkał w Niebie. A ja ze swojej strony poproszę go, by nie zsyłał na Ciebie najcięższych prób.


Pt lip 04, 2014 7:36 pm
Zobacz profil
Zagadywacz
Zagadywacz
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt lip 04, 2014 4:09 pm
Posty: 123
Płeć: mężczyzna
wyznanie: katolik w pełnej łączności z papieżem
Odpowiedz z cytatem
Post Re: Bóg przyszedł do mnie
Dzięki za post. Ale nie rozumiem "by światło w tobie nie stało się ciemnością"? Światło nie może być tylko we mnie, jest ono dla ludzi, nie dla mnie, nie mam nic dla siebie, nawet światła. Wszytko co mam (czas, wiarę, nadzieję, nie pochodzi ode mnie) chce oddać drugiemu człowiekowi. Miłość rozdana, pączkuje, powiększa się. I taki jest w skrócie sens życia. Miłość. Pragnienie nieba dla drugiego człowieka.
Jak zauważyłeś, już wtedy Jezus mógł mnie zabrać do nieba, ale Pan pokazał mi, zobaczyłem, że ja chce być najpełniej radosny w niebie, chce wypełnić Jego wolę, ważne jest dla mnie to, aby więcej ludzi się cieszyło zemną pobytem w Niebie (nie egoistycznie, w niebie ja sam i Bóg)
I dlatego ze względu na moją szczerą rezygnację z nieba, z siebie, w tamtej chwili, oraz miłość do Boga i ludzi, którą Jezus we mnie wyzwolił, pokazał, jestem jeszcze tutaj (także ze względu na Ciebie skoro czytałeś to świadectwo). Inaczej mówiąc powiedziałem Panie chce być z Tobą już, teraz, i Ty to wiesz ( a skoro widziałeś Jezusa wiesz, że jest to najpiękniejsze uczucie na świecie i z niczym nie może się równać i trudno z niego zrezygnować, oddalić w czasie) ale skoro jeszcze mogę coś dla Ciebie zrobić, przydać się, to dobra, zostaję, kocham cię.
Piszesz, że będzie trudno, no cóż "Pan mój i Bóg mój" Nikt nie mówi, że będzie łatwo. Swoją droga dlaczego my zawsze myślimy, że jak oddamy życie Jezusowi to nam zaraz coś się stanie, zawali, będzie gorzej, pochorujemy się (to robota złego). Czy swoje dziecko, które się do nas przytula,wchodzi na kolana, zrzucamy i bijemy patelnią, aby zobaczyć czy nas naprawdę kocha i ile wytrzyma....nonsens.Bóg jest Miłością. Zobaczmy ilu było królów, wodzów, ludzi wielkich, którym się dobrze powodziło, a Bóg był z nimi.
Natomiast rozumiem i wiem, że są ludzie którzy myślą, że kochają Boga, ponieważ nikogo nie kochają. Myślą, że są tacy samotni, niechciani, biedni, nieszczęśliwi i tak sobie pójdą do kościółka popłaczą przed krzyżem, pomyślą Jezus taki biedny i ja taki biedny. Jezus odrzucony i ja taki odrzucony. Tak Jezus było odrzucony, a taka ludzka postawa to egoizm. Tak kochasz Boga, jak kochasz ludzi. Nie można kochać Boga nie kochając ludzi, siebie. Ktoś powie jak to tak kochać siebie ? Tak kocham siebie, jestem piękny, bo jestem jego stworzeniem, jego dzieckiem. A jak On mnie stworzył, w raju, to aż sobie usiadł w niedziele i się na mnie patrzył zachwycony i nic więcej tego dnia nie robił.
Modlę się za wszystkich ludzi, aby byli w Niebie. I jeśli sami piekła nie wybierzemy, to tam nie trafimy.
Niech Cię Bóg Błogosławi.

_________________
https://www.youtube.com/watch?v=a-ILH-mfUx8


Cz lip 10, 2014 4:55 pm
Zobacz profil
Niesamowity Gaduła
Niesamowity Gaduła

Dołączył(a): N maja 11, 2014 2:01 am
Posty: 1870
Płeć: mężczyzna
wyznanie: chrześcijanin, inne (trynitarny i biblijny)
Odpowiedz z cytatem
Post Re: Bóg przyszedł do mnie
Niech błogosławi też Ciebie, wszystkiego dobrego.


Cz lip 10, 2014 7:45 pm
Zobacz profil
Milczek
Milczek

Dołączył(a): Cz lip 10, 2014 10:16 pm
Posty: 2
Płeć: mężczyzna
wyznanie: chrześcijanin, inne (trynitarny i biblijny)
Odpowiedz z cytatem
Post Re: Bóg przyszedł do mnie
Bóg jest zawsze z nami, tylko nie każdy tego chce, bądz nie potrafi albo boi sie prosić o pomoc drógiego, bądz też w swoim czasie przyjdzie do nas i wzmocni nas nasza wiarę i pokaże że tylko za jego miłością możemy być blisko niego, że musimy za nim podążać jako jego owieczki, Za Jezusem głosząc jego słowo jak Apostołowie, niewiele osób w kościele stosuje się do tego co mówi Nam Jezus że musimy głosić słowo Boże że musimy pokazywać jak wielkie jest jego miłosierdzie i jaką miłością nas daży, przychodzimy do kościoła ale czy my jako lud Boży na codzień praktykujemy jego słowo, czy uczymy się kochać bliźniego. Mam 21 lat już prawie i przeżyłem bardzo dużo mimo młodego wieku, modliłem się do szatana, nawiedzał mnie szatan, miałem sny w których widziałem jak moja dusza zapada sie w mrok, jak Antychryst dostaje pełną moc od Szatana, gdy chciał mnie opętać, bo odszedłem od Boga od Jezusa gdyż wtedy myślałem że go nie ma, wiem ze nie jestem dobrym człowiekiem dlatego na swoim przykładzie próbuje pomagać innym, naszą rolą jest pomagać innym dażyć innych miłością opiekować się słabszymi, zrozumiałem to z czasem, nim zrozumiałem co jest tak naprawdę ważne, byłem głupim nastolatkiem i dzieckiem, które było aroganckie, jako dziecko bałem się chciałem sie powiesic za to ze nikt mnie nie lubi, że moje życie jest bezsensu że nie mam po co żyć, lecz z perspektywy czasu zrozumiałem wiele ze każdy człowiek ma indywidualny cel w życiu, są ludzie wybrani którzy będą musieli się poświęcić i życ w Bólu i cierpieniu lecz ich wiara sie nie zachwieje bo Jezus będzie obok czuwał, miałem sny w których widziałem jak ludzie będą cierpieć, mam wszystko przed oczami codziennie ze nastaną dni w ktorych bede sam lecz będę wiedział co mam robić, nie myślę o sobie jak o niezwykłym człowieku myśle że każdy z nas musi wycierpieć aby zrozumieć to że mamy kogoś kto zawsze jest przy nas, a Nasz Ojciec w Niebie zawsze o nas dba gdy tylko o to prosimy mając czyste serce, badzmy sprawiedliwi i nie osądzajmy nikogo swoją miarą zostawmy osąd Jezusowi i Bogu bo my nie jesteśmy godni osądzania innych, dożyjemy czasów gdzie Bóg pokaże nam ze dobre owoce naszej pracy odrzucenie gniewu pychy i oszustwa wleje w nas taką miłość która tu na ziemi jest nieoceniona i niezmierzona, Ufajmy Bogu i niech Jezus w swojej miłości Błogosławi ludzi i uwolni ich z pod jarzma ucisku Szatana, który teraz będzie oczerniał Jego w najochydniejszej postaci, każdy z nas jest cenny dla Jezusa i on każdego Kocha tak samo, bądzmy wierni Jemu do Końca, ja jako młody człowiek już dorosły pod względem wieku zamierzam walczyć, abyśmy my jako lud Boży mogli żyć pełnią życia, niech Bóg oświetla nasze serca bo w nim jest najszczersza prawda i miłość, nie jestem najlepszym człowiekiem bo dużo nagrzeszyłem, chciałbym właśnie aby każdy rozumiał to co Bóg i Jezus chce nam przekazać, aby każdy wiedział że miłość jest środkiem na wszystko, dzieki niej możemy dokonać wielu rzeczy, a Bóg zawsze będzie przy nas. Mam na imię Przemek i wierzę że każdy z nas będzie żył w pokoju razem z Bogiem i Jego Synem Jezusem Chrystusem.


Cz lip 10, 2014 11:19 pm
Zobacz profil
Niesamowity Gaduła
Niesamowity Gaduła

Dołączył(a): N maja 11, 2014 2:01 am
Posty: 1870
Płeć: mężczyzna
wyznanie: chrześcijanin, inne (trynitarny i biblijny)
Odpowiedz z cytatem
Post Re: Bóg przyszedł do mnie
Przemek

Święte słowa Przemku. Oby więcej było ludzi takich jak Ty. Szerzmy więc wzajemną miłość wokół siebie. Wybaczajmy, aby i nam Bóg wybaczył. Bądźmy wyrozumiali i łaskawi dla tych, co nam urągają tak jak Bóg okazuje nam wyrozumiałość i łaskę.

Pamiętajmy o potrzebujących, słabych i opuszczonych, tak jak Bóg pamięta o nas.

Unikajmy wzajemnych sporów, bo nie prowadzi to do miłości, a tylko do rozdwojenia.

Przemku, Krzysztofie, pomodlę się za wami i Wy pomódlcie się za mnie. Abyśmy wszyscy mogli usłyszeć:

"Dobrze, sługo dobry i wierny! W małej rzeczy byłeś wierny, nad wieloma cię postawię. Wejdź do radości twojego pana"


Pn lip 14, 2014 10:15 pm
Zobacz profil
Dyskutant
Dyskutant
Avatar użytkownika

Dołączył(a): So wrz 26, 2009 9:05 pm
Posty: 302
Odpowiedz z cytatem
Post Re: Bóg przyszedł do mnie
hmhmm napisał(a):
Hiob wytrzymał swoją próbę, ja swojej nie zniosłem.

eee tam: "Wystarczy ci mojej łaski" 2 Kor 12,9 :)
poza tym "Każdy dostaje tyle ile potrafi unieść"


@krzysztof+++: wow, dzięki za opisanie tego wszystkiego!!!

_________________
"Jakżeż mogę rozumieć, jeśli mi nikt nie wyjaśni?" Dz 8, 30-31


Cz lip 17, 2014 11:41 pm
Zobacz profil
Niesamowity Gaduła
Niesamowity Gaduła

Dołączył(a): N maja 11, 2014 2:01 am
Posty: 1870
Płeć: mężczyzna
wyznanie: chrześcijanin, inne (trynitarny i biblijny)
Odpowiedz z cytatem
Post Re: Bóg przyszedł do mnie
Przewrazliwiona napisał(a):
poza tym "Każdy dostaje tyle ile potrafi unieść"

Ewentualnie tyle, żeby tego nie przeżyć, jak np męczennicy.


Pt lip 18, 2014 3:48 am
Zobacz profil
Zagadywacz
Zagadywacz
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt lip 04, 2014 4:09 pm
Posty: 123
Płeć: mężczyzna
wyznanie: katolik w pełnej łączności z papieżem
Odpowiedz z cytatem
Post Re: Bóg przyszedł do mnie
Moi drodzy, celem życia na ziemi nie jest żyć w spokoju i dostatku i pokładać w nim ufność. Świat jest dobry (Bóg widział, że było dobre) ale nie dobry dlatego, że jest bezpieczny (można złamać rękę, pochorować się, okradną cię itd. Dobry, aby zostać świętym. Tyle jest możliwości na tym świecie, aby czynić dobro dla drugiego człowieka, pomagać, wybaczać, tyle zmagań, tyle okazji do poświęceń. Musimy pamiętać (o czym często kapłani nie mówią, zapominają lub myślą, że wierni o tym wiedzą), że my już nie żyjemy. Zostaliśmy utopieni, tak utopieni dla świata, w chrzcielnicy. Utopieni dla tego świata i jego wartości, pożądliwości.
Jesteśmy ludźmi już po swojej śmierci. Dziś kościół potrafi to wytłumaczyć teologicznie, ale pierwsi chrześcijanie mówili” nie potrafimy wam tego wytłumaczyć, że my już nie żyjemy dla świata tylko dla Chrystusa, i szli odważnie na śmierć.
Męczeństwo jest darem. Fakt darem, o który trudno się mi jeszcze modlić i go wyczekiwać. A jeszcze trudniej życzyć komuś np. mówić, życzę Tobie daru męczeństwa. Ale jest łaską zaszczytem być godnym cierpieć dla Chrystusa.(nie bójcie się tych, którzy ciało zabijają „ to nic takiego przydarza się :) ” ale bójcie się tego który ducha prowadzi na zatracenie.

_________________
https://www.youtube.com/watch?v=a-ILH-mfUx8


Pt lip 18, 2014 8:52 am
Zobacz profil
Niesamowity Gaduła
Niesamowity Gaduła

Dołączył(a): N maja 11, 2014 2:01 am
Posty: 1870
Płeć: mężczyzna
wyznanie: chrześcijanin, inne (trynitarny i biblijny)
Odpowiedz z cytatem
Post Re: Bóg przyszedł do mnie
Nie chcę wam tu podnosić ciśnienia, ale kiedy przychodzą poważne próby i pokusy, to wszystko już nie wygląda tak cukierkowo. I moim zdaniem każdy chrześcijanin powinien się na to przygotować, czy chociaż mieć świadomość, że coś takiego może nastąpić. Szczególnie ten, co chce się uświęcić.

Czy "umarliśmy" czy żyjemy dalej jesteśmy grzesznymi ludźmi. To co wcześniej napisałem do Krzysztofa, to nie po to, żeby przestał się uświęcać. Dobrze robi.

Napisałem to, żeby wiedział, że jak się uświęci jeszcze bardziej, to całe piekło na niego wylegnie. A szczególnie jeśli zacznie zdobywać dusze dla Chrystusa. Żeby się nie zdziwił jak mu zaczną po domu latać przedmioty same z siebie (dosłownie latać), albo wszyscy go znienawidzą, włącznie z chrześcijanami. Czy też wpadnie w głęboką i bolesną chorobę czy w końcu materialną nędze.

Lucyfer to nie jest jakiś tam sobie chłopek roztropek. To był anioł boży, widział Pana twarzą w twarz. Nasza inteligencja są w porównaniu z jego inteligencją robaka i tak nas też traktuje, jak robactwo.

Może zacząć na przykład podsuwać bluźnierstwa i obrzydliwe obrazy, naprawdę obrzydliwe, a nie jakieś tam sobie seksualne, nie o takich mówię, ale nie tak sobie. Nie, nie. Godzina po godzinie, od rana do wieczora, przy każdej okazji i tak przez na przykład kilka miesięcy. Także nie wyobrażajcie sobie czasem, że świętość to takie sobie hop-siup.

A Bóg? Może wtedy zacząć udawać, że Go nie ma. Tak jakby się odsunął, tak to może wyglądać.

To są naprawdę ciężkie próby i słowa w rodzaju "wystarczy ci mojej łaski" nikogo w nich nie pocieszą, zapewniam was.

Nie daj się zwieść jeśli coś takiego na Ciebie przyjdzie Krzysztofie, bo będzie się wydawać, że Bóg Cię opuścił. On jest cały czas, cały czas daje łaskę, nawet jeśli się tego nie czuje.


Pt lip 18, 2014 2:11 pm
Zobacz profil
Niesamowity Gaduła
Niesamowity Gaduła

Dołączył(a): N maja 11, 2014 2:01 am
Posty: 1870
Płeć: mężczyzna
wyznanie: chrześcijanin, inne (trynitarny i biblijny)
Odpowiedz z cytatem
Post Re: Bóg przyszedł do mnie
Cuda, czy inne rzeczy nadzwyczajne też się mogą zacząć dziać. Bo przecież dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Żebyś się Krzysztofie nie zdziwił jak na przykład zaczniesz być w kilku miejscach na raz, czy wskrzeszać zmarłych, choć czy tak będzie, nie wiem.

Do najlżejszych należy uspokajanie rozwścieczonych ludzi samym tylko spojrzeniem. Autentycznie dochodzi do takich rzeczy jak pisze psalmista i nie sposób tego inaczej wytłumaczyć jak bożą opieką:

"bo swoim aniołom dał rozkaz o tobie, aby cię strzegli na wszystkich twych drogach. Na rękach będą cię nosili, abyś nie uraził swej stopy o kamień.
Będziesz stąpał po wężach i żmijach, a lwa i smoka będziesz mógł podeptać"
Ps 91, 11-13

Tutaj znowu trzeba i tak uważać, żeby nie wpaść w pychę.

Czasami dochodzi do tego, że człowiekowi jest tak dobrze, że nie przestaje się uśmiechać, różne rzeczy mają miejsce.

Tak, czy inaczej świętość to bardzo ciężki kawałek chleba. A chcąc zostać świętym trzeba być przygotowanym na najgorsze.


Pt lip 18, 2014 2:22 pm
Zobacz profil
Czuwa nad wszystkim
Czuwa nad wszystkim

Dołączył(a): Cz cze 21, 2012 4:15 pm
Posty: 4738
Płeć: mężczyzna
wyznanie: katolik w pełnej łączności z papieżem
Odpowiedz z cytatem
Post Re: Bóg przyszedł do mnie
krzysztof+++
Jako adwokat diabła powiem tak:
Gdyby nie wtrącenie w tekście że masz dzieci, to pomyślałbym, że to wypracowanie kleryckie.. ;-)
A poza tym wiesz.. Taki dowcip mi się nasunął: Co znaczy że mówisz do Boga? - znaczy to że się modlisz. A co oznacza jeśli Bóg do Ciebie przemawia? Znaczy że jesteś szalony ;-)

(sorki za złośliwości :lol: )


No cóż.. w pełni popieram co hmhmm napisał. Jedno mnie niepokoi tak poza tym.. widzę tu jedno zagrożenie - żebyś się nie wbił w pychę - że rozmawiasz z Bogiem i masz wielką misję nauczania.

_________________
"Bo myśli moje nie są myślami waszymi, ani wasze drogi moimi drogami - wyrocznia Pana." Iz 55


Pt lip 18, 2014 2:39 pm
Zobacz profil
Zagadywacz
Zagadywacz
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt lip 04, 2014 4:09 pm
Posty: 123
Płeć: mężczyzna
wyznanie: katolik w pełnej łączności z papieżem
Odpowiedz z cytatem
Post Re: Bóg przyszedł do mnie
Czy mam misję nauczania...może, (raczej to się uczę od was, bo dopiero wierzę a właściwie wiem, że Jezus jest od 5 lat ) choć nikomu nie każę robić tego co piszę. Ot dobre rady (wiem, wiem radami piekło i tak dalej), których ja nigdy wcześniej (za młodu) nie słyszałem lub nie chciałem słyszeć.
Że słyszałem Boga i jestem wariatem...tak słyszałem, tak chce być wariatem i nie leczcie mnie :) !!! chcę słyszeć Go codziennie (choć nie słyszę). Chce być wariatem i klękać przed białym chlebkiem i dla Niego tracić czas, podczas adoracji.
Tak, o to, aby nie wpaść pychę, modlę się. Mam nadzieje, gdyby to się stało,a ja sam się nie zorientuje, moja wspólnota mi o tym powie.
Ataki złego przerabiam od 5 lat wcześniej wydawało się, że go nie ma, nie istnieje. Z nim jak z odciskiem na mojej stopie, wiem, że jest i czasem boli.
Atak jest też często sygnałem, że idę w dobrą stronę, gorzej jak by ich nie było. Więcej o nim i atakach nie chce pisać..... bo szkoda na kudłatego naszego czasu.

_________________
https://www.youtube.com/watch?v=a-ILH-mfUx8


Pt lip 18, 2014 3:33 pm
Zobacz profil
Zagadywacz
Zagadywacz
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt lip 04, 2014 4:09 pm
Posty: 123
Płeć: mężczyzna
wyznanie: katolik w pełnej łączności z papieżem
Odpowiedz z cytatem
Post Re: Bóg przyszedł do mnie
do hmhmm a właściwie to skąd wiesz o uspokajaniu samym wzrokiem rozwścieczonych, nie przychylnych ludzi ? zaobserwowałem to u siebie od paru dni (i jeszcze nikomu o tym nie mówiłem, ale jeszcze nie rozeznałem czy to od złego czy Dobrego. Choć bez modlitwy wydaje się, że od Dobrego.

_________________
https://www.youtube.com/watch?v=a-ILH-mfUx8


Pt lip 18, 2014 3:39 pm
Zobacz profil
Niesamowity Gaduła
Niesamowity Gaduła

Dołączył(a): N maja 11, 2014 2:01 am
Posty: 1870
Płeć: mężczyzna
wyznanie: chrześcijanin, inne (trynitarny i biblijny)
Odpowiedz z cytatem
Post Re: Bóg przyszedł do mnie
krzysztof+++ napisał(a):
do hmhmm a właściwie to skąd wiesz o uspokajaniu samym wzrokiem rozwścieczonych, nie przychylnych ludzi ? zaobserwowałem to u siebie od paru dni (i jeszcze nikomu o tym nie mówiłem, ale jeszcze nie rozeznałem czy to od złego czy Dobrego. Choć bez modlitwy wydaje się, że od Dobrego.

Bo sam to robiłem. Jeden z tych nieprzychylnych ludzi łapiąc mnie za kurtkę spojrzał mi w oczy i wyglądał, jakby skamieniał hahahaha :D
Kolega się niestety odezwał do niego, ten mnie puścił i kolega dostał w twarz :/ Zdaje się, że za mnie, auć hahaha :D Aaach, wybaczcie :D

Pisałem Ci przecież, że i mnie objawił się Chrystus :D
Fajnie :D

Choć obecnie jestem od Niego dalej niż byłem kiedyś.

I ja nie nazywam Cię wariatem :) Na bliskość Boga po prostu tak się reaguje. Dostaje się szczęście i radość, których nie sposób w sobie zatrzymać i chce się o tym mówić całemu światu.

Aha, pokora to prawda, a nie masochizm, nie zakładam, że się nad sobą znęcasz, ale ja po pewnym czasie tak zacząłem traktować pokorę, czego nikomu nie polecam.


Pt lip 18, 2014 4:41 pm
Zobacz profil
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 172 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5 ... 12  Następna strona


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 2 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów

Szukaj:
Skocz do:  
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group.
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL